3 min czytania

Rynek nieruchomości w kleszczach populizmu: Od dopłat do kredytów po „wykup ruin”

Polski rynek nieruchomości od lat przypomina pacjenta, któremu lekarze zamiast leczyć przyczynę choroby, podają kolejne dawki sterydów. Efekt? Ceny rosną w tempie wykładniczym, dostępność mieszkań dla młodych spada, a interwencjonizm państwowy przybiera coraz bardziej groteskowe formy. Dzisiejsze słowa Przemysława Czarnka są kolejnym dowodem na to, że politycy zamiast rynkowych rozwiązań wolą protezy, które w dłuższej perspektywie niszczą fundamenty własności i gospodarki.

Socjalizm w przebraniu pomocy: Wykup nieruchomości przez państwo

Propozycja posła Czarnka, by samorządy przejmowały (ustawowo lub za odpłatnością) nieruchomości, których „nikt nie chce kupić”, jest ekonomicznym absurdem. Jeśli dom nie znajduje nabywcy, oznacza to zazwyczaj jedno: jego cena jest nieadekwatna do stanu technicznego, lokalizacji lub potencjału. W normalnym mechanizmie rynkowym właściciel musiałby obniżyć cenę, aż znajdzie się inwestor gotowy podjąć ryzyko.

Interwencja państwowa w tym zakresie to de facto prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Państwo – czyli my wszyscy jako podatnicy – ma zdjąć z barków jednostek ciężar nietrafionych spadków czy zaniedbanych posiadłości. To prosta droga do marnotrawstwa publicznych pieniędzy na programy typu „Pustostan Plus”, które zamiast rozwiązywać problemy, jedynie betonują nieefektywność.

Dopłaty do kredytów, czyli dolewanie benzyny do ognia

Nie można analizować słów o wykupie domów w oderwaniu od szerszego kontekstu – programów dopłat do kredytów. Każda taka interwencja po stronie popytowej kończy się identycznie: błyskawicznym wzrostem cen transakcyjnych. Deweloperzy i sprzedający, wiedząc, że klient dysponuje „darmowym” pieniądzem od państwa, natychmiast korygują cenniki w górę.

W efekcie osoby, które nie łapią się na programy wsparcia, zostają całkowicie wypchnięte z rynku. Z kolei beneficjenci i tak płacą rekordowe sumy, tyle że ich dług jest maskowany przez budżetową kroplówkę. To klasyczny przykład niszczenia rynku przez sztuczne pompowanie popytu bez realnego wsparcia podaży.

Zniszczona podaż i błędne koło

Zamiast ułatwiać budowę nowych mieszkań, upraszczać prawo budowlane i uwalniać grunty, państwo woli „sterować ręcznie”. Propozycja skupowania starych domów przez gminy dla repatriantów czy innych grup brzmi szlachetnie, ale w praktyce stworzy kolejny sztuczny popyt tam, gdzie rynek naturalnie wygasa.

Jeśli samorządy zaczną skupować nieruchomości za publiczne pieniądze, stworzy to precedens, w którym państwo staje się głównym graczem dyktującym warunki i zaburzającym naturalną wycenę aktywów. To nie jest pomoc dla obywatela – to systemowe niszczenie rynku, które sprawia, że własny kąt staje się luksusem dostępnym tylko dla najbogatszych oraz beneficjentów partyjnych programów.