5 min czytania

Wielkie Osuszanie Polski, czyli jak wojna z błotem zmieniła nasz krajobraz

Piąty żywioł Napoleona

Zimą 1806 roku pod Pułtuskiem armia francuska utknęła. Nie w okopach przeciwnika, nie pod ostrzałem, tylko dosłownie w ziemi. Napoleon, który podbił już pół Europy i przyzwyczaił swoich generałów do tego, że żadna rzeka ani góra nie jest przeszkodą nie do pokonania, spotkał w Polsce coś, czego nie dało się przechytrzyć manewrem ani sforsować mostem. Miał podobno powiedzieć swoim oficerom, że odkrył w Polsce piąty żywioł. Błoto.

To nie była tylko anegdota o pechu jednej kampanii. Dla francuskich oficerów przemierzających Mazowsze rozmokły, bagnisty krajobraz był czymś więcej niż uciążliwością pogodową. Stał się dowodem na to, jak bardzo różni się uporządkowana, oświecona Europa Zachodnia od zacofanych, zalanych wodą ziem na wschodzie. Błoto stało się granicą mentalną, nie tylko fizyczną.

Bagno jako wróg cywilizacji

Ten sposób patrzenia na mokradła miał znacznie dłuższą historię niż napoleońska wyprawa. Już wcześniej, w duchu oświeceniowego racjonalizmu, władcy i myśliciele traktowali bagna, rozlewiska i podmokłe łąki jako ziemię zmarnowaną, wręcz obraźliwą dla porządku, jaki człowiek powinien narzucić naturze. Król pruski Fryderyk II miał ujmować to wprost, mówiąc, że kto poprawia jakość gleby i osusza bagna, ten wyrywa kraj z barbarzyństwa. W tym duchu regulowano rzeki i osuszano rozlewiska w całej Europie Środkowej, także na Odrze i Noteci.

Kto rządzi mokradłem, ten rządzi ludźmi

Za tą retoryką krył się jednak nie tylko estetyczny czy gospodarczy niesmak wobec dzikiego krajobrazu. Chodziło też o kontrolę nad ludźmi. Im bardziej teren był gęsty, podmokły i nieprzejezdny, tym trudniej było państwu dosięgnąć tych, którzy w nim mieszkali. W lasach i na bagnach chronili się zbiegowie, buntownicy, kłusownicy, wszyscy ci, którzy z tego czy innego powodu chcieli zniknąć z pola widzenia władzy. Osuszenie terenu oznaczało więc coś więcej niż nowe pole pod uprawę. Oznaczało też łatwiejszy dostęp administracji, wojska i poborcy podatkowego.

Żeromski, Dąbrowska i romantyczny wyjątek

Ta ambiwalencja, zachwyt nad dziką przyrodą z jednej strony i przekonanie o konieczności jej ujarzmienia z drugiej, odcisnęła się mocno na polskiej kulturze. Można ją znaleźć w prozie Stefana Żeromskiego czy Marii Dąbrowskiej, gdzie bohaterowie mierzą się z bagnistym, nieposłusznym krajobrazem jako z przeciwnikiem, którego trzeba pokonać, żeby móc żyć godnie. Jedynym poważnym wyłomem w tym myśleniu była literatura romantyczna, która w dzikości krajobrazu widziała wartość samą w sobie. Ostatecznie jednak to nie ona wygrała spór o wyobraźnię zbiorową. Z czasem dyskusja przestała dotyczyć tego, czy naturę należy okiełznać, a zaczęła dotyczyć wyłącznie tego, jak to zrobić najskuteczniej.

Światowa gorączka osuszania

Na przełomie XIX i XX wieku ta idea urosła do rozmiarów prawdziwej gorączki, ogarniającej cały zachodni świat. Nie bez powodu Goethe w finale Fausta każe swojemu bohaterowi marzyć właśnie o osuszeniu wielkiego mokradła jako o ukoronowaniu życiowego dzieła i drodze do szczęścia całej ludzkości. Historycy tłumaczą tę fascynację czymś więcej niż praktycznym rachunkiem zysków i strat. Bagno, jako obszar, który nie jest ani lądem, ani wodą, jawiło się jako uosobienie chaosu, coś, czego nie sposób raz na zawsze zawłaszczyć. Rozdzielenie żywiołów, wyciągnięcie wody z ziemi, miało być symbolicznym aktem zaprowadzenia porządku tam, gdzie wcześniej rządził przypadek.

Mussolini, Ankara i komary

Obok tej symboliki liczyły się jednak bardzo konkretne powody. Rosnąca populacja potrzebowała żywności, a osuszone bagna dawały nowe pola uprawne. To właśnie z tego powodu Benito Mussolini kazał osuszyć rozległe Błota Pontyjskie leżące między Rzymem a Neapolem, ogłaszając to krokiem w stronę żywnościowej niezależności faszystowskich Włoch. Innym razem chodziło po prostu o teren pod zabudowę, tak jak przy budowie nowej stolicy Turcji, gdzie melioracja terenów wokół Ankary miała iść w parze z walką z malarią, roznoszoną przez komary lęgnące się w stojących wodach.

Głód ziemi w Drugiej Rzeczpospolitej

Podobne motywacje przyświecały zwolennikom osuszania ziem w międzywojennej Polsce. Druga Rzeczpospolita zmagała się z prawdziwym głodem ziemi, choć był to głód dość specyficzny. Polska wieś była biedna, a większość gospodarstw zbyt mała, żeby wyżywić nawet własnych mieszkańców, podczas gdy obok wciąż istniały ogromne majątki ziemskie należące do szlachty. Ten problem nierówności był pokłosiem wieków pańszczyzny, nie samego braku ziemi jako takiej. Mimo to osuszanie podmokłych obszarów przedstawiano jako lekarstwo na biedę i sposób na to, by dać chłopom szansę na własne, wydajne gospodarstwo. Do tego dochodziła malaria, wciąż realny problem zdrowotny w dwudziestowiecznej Polsce, z dziesiątkami tysięcy zachorowań rocznie, o którym dziś niemal nikt już nie pamięta.

Bez sentymentów i bez triumfalizmu

Warto dziś unikać dwóch skrajności naraz. Z jednej strony łatwo popaść w sentymentalną tęsknotę za czasami, gdy człowiek żył rzekomo w harmonii z naturą, nie tykając mokradeł i rozlewisk. Taka wizja zaciera fakt, że dla wielu ludzi bagnisty krajobraz oznaczał ubóstwo, choroby i brak perspektyw, z których naprawdę chcieli się wyrwać. Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że entuzjazm dla osuszania, tak oczywisty jeszcze sto lat temu, kosztował nas ogromne bogactwo przyrodnicze, którego dziś, w epoce susz i kurczących się zasobów wody, zaczynamy żałować. Historia kurpiowskich błot, napoleońskiego błota pod Pułtuskiem i pontyjskich bagien pokazuje, że stosunek człowieka do mokradeł nigdy nie był prosty. Był mieszaniną strachu, pogardy, potrzeby i, czasem, całkiem realnej konieczności przetrwania.


Źródło: Jan Mencwel, Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać.