3 min czytania

Grodzić dom czy nie grodzić, oto jest pytanie

Wystarczy przejść się po jakimkolwiek nowym osiedlu w Polsce, żeby zauważyć jedną prawidłowość. Najpierw stawia się płot, a dopiero potem myśli się o reszcie. Nie byle jaki płot zresztą, bo często prawie dwumetrowy, z betonowych przęseł albo z blachy, taki że sąsiad zza miedzy nie ma szans zobaczyć nawet czubka komina. I tu nasuwa się pytanie, które chyba prędzej czy później zadaje sobie każdy, kto buduje albo kupuje dom. Po co my się właściwie tak grodzimy?

Bo przecież nie wszędzie tak jest. Ci, co byli w Stanach, na pewno zwrócili uwagę, że tam całe osiedla stoją otwarte. Trawnik przy trawniku, żywopłot najwyżej po kolana, czasem w ogóle nic, tylko linia, gdzie kończy się jeden ogród a zaczyna drugi. Dzieci biegają między posesjami, sąsiedzi widzą się z okna kuchennego, a listonosz nie musi walczyć z domofonem, bramą i psem po drodze do skrzynki.

U nas inaczej. U nas dom to twierdza. Najpierw płot, potem żywopłot za płotem, na wszelki wypadek jeszcze kamery, i dopiero za tym wszystkim buduje się sam dom. Czasem można odnieść wrażenie, że więcej czasu i pieniędzy poświęca się na to, żeby nikt nas nie widział, niż na to, żeby było ładnie i wygodnie.

Skąd to się bierze

Teorii na ten temat jest kilka. Jedni twierdzą, że to pozostałość po czasach, kiedy własność była na wagę złota i człowiek chciał mieć chociaż ten kawałek podwórka wyłącznie dla siebie, odgrodzony od całego świata. Inni mówią o kwestiach bezpieczeństwa, bo psy uciekają, dzieci wybiegają na ulicę, a i złodziei nie brakuje. Jeszcze inni uważają, że po prostu lubimy mieć swoje, żeby nikt obcy nie zaglądał do garnka.

I w tym wszystkim jest trochę racji. Tylko że jak się nad tym dłużej zastanowić, ten płot czasem robi więcej złego niż dobrego. Z jednej strony daje poczucie prywatności, z drugiej odgradza od ludzi, z którymi można by się zaprzyjaźnić, gdyby nie ten metr betonu pośrodku.

A może jednak coś pomiędzy

Trudno być zwolennikiem skrajności w tej sprawie. Otwarte osiedla amerykańskiego typu pewnie nie sprawdziłyby się u nas jeden do jednego, bo mamy inną mentalność, inne poczucie własności i szczerze mówiąc inny poziom zaufania do nieznajomych na chodniku. Ale niekoniecznie trzeba od razu stawiać betonowy mur z drutem kolczastym.

Niski płot, taki po pas, ma tę zaletę, że pozwala widzieć sąsiadów, a sąsiadom widzieć nas. Można wtedy zamienić kilka słów przez ogrodzenie, o pogodzie, o tym, że ktoś znowu zaparkował w niewłaściwym miejscu. To buduje jakieś poczucie wspólnoty, którego chyba brakuje za wysokimi murami.

Z drugiej strony trudno nie rozumieć tych, którzy grodzą się szczelnie. Małe dzieci, pies uwielbiający uciekać, albo po prostu chęć wracania z pracy i niepatrzenia na nikogo aż do rana, to wszystko są konkretne powody. To też jest jakiś wybór i nikt nie ma prawa go nikomu odbierać.

Więc jak to jest

Chyba nie ma jednej dobrej odpowiedzi, choć fajnie byłoby zakończyć ten tekst mądrym morałem. Zamiast tego zostaje raczej pytanie, które warto sobie zadać, patrząc na kolejny rosnący mur w okolicy. Czy ludzie grodzą się, bo naprawdę tego potrzebują, czy dlatego, że tak wypada, bo wszyscy dookoła tak robią?

Może warto to sobie przemyśleć, zanim zamówi się kolejne przęsło. Bo płot można postawić w tydzień, a rozmowę z sąsiadem, którego nigdy nie widać przez mur, trudniej odbudować.