Na wodowskazie Warszawa Bulwary, 2 września 2025 roku, licznik pokazał 4 centymetry. Nie 4 metry, tylko 4 centymetry. Tyle wynosił poziom wody w Wiśle w samym środku stolicy dwumilionowego kraju nad rzeką, która przez wieki była jego kręgosłupem transportowym i symbolem. To był rekord, ale niedobry, bo najniższy w historii pomiarów na tym odcinku. I choć każdy chętnie zrzuci winę na suszę, to sprawa jest dużo bardziej skomplikowana i dużo bardziej ludzka, niż mogłoby się wydawać.
Rzeka, która płynie coraz głębiej
Zacznijmy od tego, co widać gołym okiem latem nad Wisłą w Warszawie: coraz szersze plaże piaskowe, coraz mniej wody między nimi, i coraz częściej powtarzane słowo „rekord”. W sierpniu 2025 roku poziom spadał kolejno do 9, potem do 7 centymetrów, aż ostatecznie osiągnął symboliczne 4 centymetry na początku września. Rok wcześniej, w 2024 roku, „rekordem” było 20 centymetrów. Rok później to już historia, bo spadło jeszcze niżej.
Hydrolodzy tłumaczą to zjawiskiem, które nazywa się erozją wgłębną, czyli pogłębianiem się koryta rzeki. Piotr Bednarek, hydrolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezes fundacji Wolne Rzeki, wskazywał w rozmowach z mediami, że powyżej Warszawy działają kopalnie piasku, które zatrzymują materiał niesiony przez rzekę, a sam warszawski odcinek Wisły jest dodatkowo uregulowany hydrotechnicznie. W efekcie koryto systematycznie się pogłębia, a wodowskazy notują coraz niższe wartości, nawet gdy przepływ wody wcale nie jest rekordowo niski. Innymi słowy: Wisła w Warszawie nie jest płytka dlatego, że płynie w niej mało wody. Jest płytka, bo jej dno opada.
Piasek, który znika szybciej niż rzeka go dowozi
W samej Warszawie i jej najbliższych okolicach działa pięć przedsiębiorstw wydobywających piasek bezpośrednio z dna Wisły, między innymi w Wawrze, Wilanowie, na Mokotowie, Białołęce i Bielanach. To biznes z długą tradycją, bo jak przypomina Magdalena Młochowska z warszawskiego ratusza, pierwsze piaskarki pojawiły się na stołecznym odcinku Wisły jeszcze w XVII wieku. Przez dekady ich działalność nie budziła większych kontrowersji, bo bilans wodny rzeki był po prostu inny.
Problem w tym, że dziś liczby przestały się zgadzać. Według apelu, jaki we wrześniu 2025 roku wystosowało do prezydenta Warszawy blisko trzydzieści organizacji pozarządowych, między innymi Miasto Jest Nasze, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, Towarzystwo na Rzecz Ziemi i Koalicja Ratujmy Rzeki, Wisła niesie w tym rejonie około 540 tysięcy ton osadu rocznie, podczas gdy piaskarnie wydobywają go znacznie więcej. Jedna z kopalni ubiegała się o pozwolenie na wydobycie aż 700 tysięcy metrów sześciennych piasku rocznie, samodzielnie przekraczając to, co rzeka jest w stanie odbudować. Efekt: dno obniża się w tempie szacowanym nawet na 25 centymetrów rocznie, a to tempo, przy którym natura po prostu nie nadąża z regeneracją.
To nie pierwszy raz, gdy Warszawa płaci za intensywne wydobycie piasku z Wisły. Po drugiej wojnie światowej, gdy stolicę odbudowywano niemal od zera, eksploatacja piasku na potrzeby budowlane była tak intensywna, że doprowadziła do powstania opisanego naukowo zjawiska nazywanego „wybojem warszawskim”. Lustro wody obniżyło się wtedy aż o dwa metry, ciągnąc za sobą w dół również poziom wód gruntowych. Dziś, kilkadziesiąt lat później, historia w pewnym sensie się powtarza, tylko w innej skali i w innym kontekście klimatycznym, bo do erozji dochodzi jeszcze susza hydrologiczna.
Kto na tym traci
Najbardziej namacalnie przekonują się o tym mieszkańcy dzielnic, przez które codziennie przejeżdżają ciężarówki wywożące piasek. Jak opisywał radny Jacek Grzeszak z Miasto Jest Nasze, przez warszawską Augustówkę tiry jeżdżą od wczesnego rana, niszcząc drogi, zostawiając na nich piasek i generując hałas, na który skarżą się okoliczni mieszkańcy. Latem 2025 roku udało się wynegocjować przesunięcie pierwszych kursów z godziny czwartej na szóstą rano, ale jak twierdzi radny, od września ustalenia te miały zostać złamane.
Drugim poszkodowanym jest sama rzeka i jej ekosystem. Zbyt niski i zbyt szybko opadający poziom wody to problem nie tylko estetyczny. Utrudnia pobór wody przez kluczowe dla Warszawy instalacje, w tym elektrociepłownię Siekierki, odpowiedzialną za ogrzewanie znacznej części miasta, oraz „Grubą Kaśkę”, czyli strategiczne ujęcie wody pitnej dla stolicy. Aktywiści zwracają uwagę, że budowa kopalni piasku tuż przed takim ujęciem to swego rodzaju paradoks, bo osłabia dokładnie to, co miasto powinno chronić najbardziej.
Miasto między młotem a kowadłem
Warszawski ratusz nie neguje problemu, ale i nie ma prostych narzędzi, żeby go rozwiązać. Jak tłumaczy Magdalena Młochowska, dyrektor koordynująca w mieście sprawy związane z Wisłą, formalnie ostateczną decyzję o pozwoleniu wodnoprawnym wydają Wody Polskie, a nie miasto. Ratusz wydaje jedynie decyzję środowiskową, poprzedzającą tę procedurę, i to na jej podstawie przygotowywane są raporty oddziaływania na środowisko wraz z konsultacjami społecznymi.
Sama Wody Polskie, jak przekazano miastu, uznają działalność piaskarek za inwestycję celu publicznego, argumentując, że gdyby nie one, instytucja musiałaby we własnym zakresie i na własny koszt pogłębiać koryto rzeki. To argumentacja, z którą nie zgadzają się aktywiści, według których to właśnie wydobycie jest główną przyczyną konieczności takiego pogłębiania, a nie jego rozwiązaniem. Prawnie miasto ma bardzo ograniczone pole manewru: może odmówić zgody praktycznie tylko wtedy, gdy inwestycja jest niezgodna z planem miejscowym albo gdy wykazany zostanie jej negatywny wpływ na stan wód, a od Wód Polskich miasto usłyszało, że takiego wpływu nie stwierdzono.
A jak to wygląda gdzie indziej
Warto spojrzeć na ten spór szerzej, bo problem nadmiernego wydobycia piasku z rzek i mórz to temat globalny, a nie wyłącznie warszawski. Program Środowiskowy ONZ (UNEP) w raportach „Sand and Sustainability” alarmuje od lat, że światowe zużycie piasku i żwiru sięga rzędu pięćdziesięciu miliardów ton rocznie, a niekontrolowane wydobycie prowadzi do erozji wybrzeży, zapadania się mostów i degradacji delt rzecznych na całym świecie. W wielu krajach regulacje dotyczące wydobycia piasku z rzek są dziś znacznie bardziej restrykcyjne niż jeszcze dwie dekady temu. Chiny na przykład zakazały wydobycia piasku z Jangcy już w 2000 roku, po tym jak eksploatacja przyczyniła się do zawalenia mostów i erozji brzegów. W wielu krajach Europy Zachodniej komercyjne wydobycie piasku bezpośrednio z koryt rzek jest dziś mocno ograniczone albo praktycznie wygaszone na rzecz kruszyw pozyskiwanych z żwirowni lądowych, choć poziom i forma tych regulacji różnią się w zależności od kraju i konkretnej rzeki. Trudno więc mówić o jednym uniwersalnym standardzie, ale kierunek zmian w regulacjach jest raczej jednoznaczny: tam, gdzie rzeki są traktowane jako zasób strategiczny, komercyjne kopanie piasku z ich dna jest z roku na rok trudniejsze do uzasadnienia.
Co dalej z Wisłą
Wisła w Warszawie najprawdopodobniej nie wyschnie, bo jak zaznaczają hydrolodzy, jest zbyt dużą rzeką, żeby taki scenariusz był realny nawet w najgorszym wariancie suszy. Problem nie polega więc na tym, że zabraknie wody jako takiej, tylko na tym, że rzeka traci swój naturalny profil, a razem z nim zdolność do samoregeneracji. Konsultacje społeczne w sprawie dalszych pozwoleń dla kopalni piasku miały odbyć się jeszcze w 2025 roku, a decyzje w tej sprawie wciąż zapadają. To temat, do którego warto wracać, bo dotyczy nie tylko krajobrazu nad Wisłą, ale też tego, w jaki sposób miasto godzi interesy biznesu wydobywczego, mieszkańców i samej rzeki, która akurat głosu w tej sprawie nie ma.