Zróbcie mały eksperyment. Weźcie dowolną mapę Polski i spójrzcie tylko na końcówki nazw miejscowości, nic więcej. Po chwili zobaczycie coś, czego nie da się odzobaczyć: kraj wyraźnie dzieli się na dwie części, jakby ktoś przeciągnął przez środek Polski niewidzialną linię.
Na północy i zachodzie roi się od nazw na -owo: Tarnowo, Janowo, Tomaszewo. Na południu ta sama, w gruncie rzeczy identyczna nazwa kończy się na -ów: Tarnów, Janów, Tomaszów. To nie jest kwestia przypadku ani nowożytnej administracji, tylko żywy ślad podziału językowego sprzed ponad pięciuset lat, który przetrwał wszystkie zmiany granic, ustrojów i mapy politycznej kraju.
Zacznijmy od tego, jak w ogóle powstawały takie nazwy. W średniowieczu osadę nazywano od jej właściciela, mówiąc na przykład o „Janowym siole” czy „Janowym polu”. Sioło i pole są rodzaju nijakiego, więc cała konstrukcja przyjmowała formę -owo: Janowo, czyli to, co Janowe. W tamtym czasie taka forma obowiązywała w zasadzie w całej Polsce, od Bałtyku po Karpaty.
Punkt zwrotny nastąpił w XV wieku, ale wyłącznie w dialektach południowych, małopolskim i śląskim. Tamtejsi mówiący zaczęli myśleć o osadzie inaczej: nie jako o polu, tylko jako o grodzie, słowie rodzaju męskiego. Ta drobna zmiana w wyobrażeniu, czym w ogóle jest miejscowość, pociągnęła za sobą zmianę gramatyczną: -owo zaczęło się przekształcać w -ów. Krakowo stało się Krakowem, Tarnowo Tarnowem. Dziś nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że nazwa jednego z najważniejszych polskich miast kiedyś brzmiała zupełnie inaczej.
Na północy tej rewolucji językowej po prostu nie było. Tamtejsze gwary okazały się bardziej oporne na zmiany i do dziś trzymają się formy sprzed pięciuset lat, niewzruszone ani przez zabory, ani przez PRL, ani przez żadną reformę administracyjną. W efekcie ta sama, wspólna niegdyś nazwa rozjechała się na dwie wersje: Tarnowo na północy, Tarnów na południu. Obie miejscowości noszą w gruncie rzeczy to samo imię, tylko zamrożone w dwóch różnych momentach historii języka.
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że granica ta nie została nigdzie formalnie narysowana, nikt jej nie ustanowił dekretem ani ustawą. To czysto oddolny, żywiołowy proces językowy, który zdążył się utrwalić, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać czy ujednolicić. Pięćset lat później wystarczy rzut oka na nazwę miejscowości, żeby, nie znając nawet współrzędnych geograficznych, całkiem trafnie zgadnąć, po której stronie dawnej Polski akurat się znajdujemy.
