5 min czytania

Największe kłamstwo przy wyborze mieszkania? „Bliżej kultury”

Jest taki argument, który w polskiej debacie o tym, gdzie mieszkać, wraca z żelazną regularnością: mieszkanie pod miastem, na wsi, w mniejszej miejscowości odcina nas od „życia kulturalnego”. Brzmi poważnie, prawda? Problem w tym, że kiedy zestawimy ten argument z tym, jak Polacy naprawdę spędzają wolny czas, robi się z tego całkiem zabawna sprzeczność.

Co mówią statystyki, a co mówimy my sami

Zacznijmy od twardych danych. Z badania Krajowego Instytutu Mediów wynika, że w ciągu dwunastu miesięcy do kina, czyli najbardziej masowej i najmniej wymagającej formy uczestnictwa w kulturze, wybrało się zaledwie 27,9 procent Polaków w wieku szesnastu lat i więcej. Nie mówimy tu nawet o regularnym chodzeniu, tylko o pójściu choć raz w roku. W teatrze czy filharmonii było w tym samym okresie odpowiednio 4,8 i 1,9 procent badanych. Nowsze dane CBOS z 2023 roku pokazują podobny obraz: wielokrotne wyjścia do kina w ciągu roku deklaruje 6 procent Polaków, a wielokrotne wizyty w teatrze zaledwie 1 procent. Jeden procent.

Dla porównania: aż 84,7 procent Polaków deklaruje w badaniach GUS, że kultura jest dla nich ważna. Mamy więc kraj, w którym niemal wszyscy mówią, że kultura się liczy, a jednocześnie zdecydowana większość z tej kultury realnie nie korzysta, poza może seansem w kinie raz na Sylwestra albo szkolną wycieczką do teatru za czasów podstawówki. To dokładnie ten sam mechanizm psychologiczny, który sprawia, że każdy deklaruje chęć czytania więcej książek, a półki w mieszkaniach i tak zapełniają się kurzem, a nie odhaczonymi tytułami.

Co ciekawe, dane z 2014 roku pokazują też, że sama różnica między miastem a wsią wcale nie jest przepaścią, jaką mogłoby się wydawać: do kina chodziło wtedy 53 procent mieszkańców miast i 32 procent mieszkańców wsi. To realna różnica, ale nie na tyle duża, żeby uzasadniać traktowanie dostępu do teatru jako kluczowego kryterium wyboru miejsca zamieszkania dla kogoś, kto i tak w tym teatrze bywa raz na parę lat, jeśli w ogóle.

Skąd w ogóle ten argument

Nie wiemy dokładnie, skąd wziął się ten specyficznie polski nawyk tłumaczenia wyboru mieszkania w centrum miasta „życiem kulturalnym”, ale warto zauważyć, że w innych krajach ludzie uzasadniają swoje decyzje lokalizacyjne zupełnie inaczej, i to często w sposób znacznie bardziej szczery wobec samych siebie. W Korei Południowej częstym argumentem przy wyborze miejsca zamieszkania jest bliskość szpitala, bo Koreańczycy już w momencie zakupu nieruchomości myślą o sobie jako o ludziach, którzy prędzej czy później będą potrzebować opieki medycznej. W Japonii istotnym kryterium bywa odległość do stacji kolejowej, bo w tamtejszej kulturze „w trasę”, również na wakacje czy weekendowe wypady, jeździ się koleją, a nie tylko samochodem.

Wszystkie kraje łączy jednak jedno, znacznie bardziej uczciwe kryterium: odległość do pracy albo uczelni. To właśnie dlatego ludzie na całym świecie „pchają się” bliżej centrów miast, nie dlatego, że kochają centrum jako takie, tylko dlatego, że tam najczęściej znajduje się ich codzienne miejsce pracy czy studiów, a dojazd zjada realny czas życia, którego nikt nie odzyska.

Na co więc naprawdę warto zwracać uwagę

Skoro deklarowane powody bywają na wyrost, warto zastanowić się, co faktycznie ma znaczenie przy wyborze miejsca do życia, niezależnie od tego, czy mówimy o mieszkaniu, domu czy działce pod budowę.

Realny czas dojazdu do pracy lub uczelni. Nie kilometry na mapie, tylko rzeczywisty czas w typowych godzinach szczytu, uwzględniający korki, przesiadki i pogodę. To jedyne kryterium lokalizacyjne, które statystycznie rzeczywiście przekłada się na jakość codziennego życia, bo wpływa na nie każdego dnia roboczego w roku, a nie raz na kilka miesięcy.

Dostęp do opieki medycznej. Odległość do przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, a w przypadku starszych osób w rodzinie, także do szpitala z ostrym dyżurem. To kryterium, o którym Polacy myślą zaskakująco rzadko na etapie zakupu nieruchomości, a które prędzej czy później dotyczy dosłownie każdego z nas.

Infrastruktura szkolna i przedszkolna, jeśli w grę wchodzą albo będą wchodzić dzieci, oraz realna, a nie tylko papierowa, dostępność komunikacji publicznej, jeśli nie każdy dorosły domownik prowadzi samochód.

Otoczenie i jakość powietrza. Bliskość terenów zielonych, brak uciążliwych zakładów przemysłowych w sąsiedztwie, poziom hałasu. To akurat czynniki, które faktycznie wpływają na zdrowie i samopoczucie na co dzień, w przeciwieństwie do teoretycznej bliskości filharmonii, do której i tak nikt nie chodzi częściej niż raz na kilka lat.

Perspektywy rozwoju okolicy. Plany inwestycyjne gminy, planowane drogi, ewentualne uciążliwe inwestycje w pobliżu, status planistyczny działek dookoła. To wpływa nie tylko na komfort życia, ale też na przyszłą wartość samej nieruchomości.

Kultura wciąż ma znaczenie, tylko rzadziej, niż nam się wydaje

Nie chodzi nam o to, żeby całkowicie deprecjonować znaczenie dostępu do kultury. Dla części osób, które faktycznie regularnie chodzą do teatru, na koncerty czy do galerii, bliskość centrum miasta jest realnym, uzasadnionym kryterium wyboru, i jak najbardziej mają prawo je uwzględniać. Chodzi raczej o to, żeby być ze sobą szczerym na etapie podejmowania jednej z ważniejszych decyzji finansowych w życiu. Jeśli w ciągu ostatniego roku byliście w teatrze zero razy, a w kinie może raz, to „życie kulturalne” prawdopodobnie nie powinno być głównym argumentem przemawiającym za przepłacaniem o kilkaset tysięcy złotych za metr kwadratowy bliżej centrum, kosztem dłuższego dojazdu do pracy każdego dnia przez najbliższe dwadzieścia lat.

Sprawdźcie uczciwie, jak naprawdę wygląda wasz miniony rok, zanim uznacie, że to właśnie kultura powinna zdecydować o adresie. Statystyki, delikatnie mówiąc, nie są po stronie tego argumentu.