Mamy dla was liczbę, która zrobi wrażenie na każdej imprezie, o ile akurat trafi się na niej ktoś, kogo interesuje geodezja: w Polsce zarejestrowanych jest ponad 38 milionów działek ewidencyjnych. Trzydzieści osiem milionów. Przy populacji nieco ponad 37 milionów mieszkańców wychodzi na to, że mamy w kraju więcej działek niż ludzi, którzy mogliby je posiadać. Gdyby ziemię rozdzielić po jednej działce na głowę, zabrakłoby dla noworodków, ale za to każdy dorosły mógłby się poczuć jak drobny magnat.
Kraj, który nigdy nie doszedł do siebie po rozbiciu dzielnicowym
Historycy powiedzą wam, że rozbicie dzielnicowe skończyło się w Polsce gdzieś na przełomie XIII i XIV wieku, wraz z koronacją Władysława Łokietka. Patrząc jednak na mapę ewidencyjną kraju, można odnieść wrażenie, że ktoś zapomniał przekazać tę wiadomość dalej. Bo o ile książęta piastowscy w końcu przestali dzielić ziemię między synów, o tyle sami Polacy najwyraźniej wzięli tę tradycję na własne barki i kontynuują ją do dziś, tylko już nie w skali księstw, tylko pojedynczych, coraz mniejszych działek.
Za tę współczesną wersję rozbicia dzielnicowego odpowiada w dużej mierze prawo spadkowe i wielowiekowy zwyczaj dzielenia ziemi między dzieci, zamiast przekazywania jej w całości jednemu spadkobiercy. Efekt jest taki, że jedno pole, które dwa stulecia temu należało do jednego gospodarza, dziś potrafi być podzielone na kilkanaście wąskich, długich pasków, z których część ledwie mieści się między dwoma miedzami.
Cała administracja się w tym gubi, i to dosłownie
Nad tymi 38 milionami działek czuwa nie jeden centralny urząd, tylko 380 osobnych starostw powiatowych, każde prowadzące własny fragment Ewidencji Gruntów i Budynków. Innymi słowy, żeby ogarnąć całą polską ziemię, potrzeba trzystu osiemdziesięciu niezależnych baz danych, z których część, jak uczciwie przyznają twórcy serwisów geodezyjnych, wciąż bywa udostępniana w iście średniowiecznym trybie: na płycie CD, po wcześniejszym złożeniu papierowego wniosku. Rozbicie dzielnicowe najwyraźniej nie ograniczyło się do terytorium, tylko dotknęło też systemów informatycznych.
Dla porównania skali rozdrobnienia: sama Warszawa, jedno miasto, ma dziś 286998 działek ewidencyjnych, o średniej powierzchni zaledwie 0,18 hektara, czyli osiemnastu arów. To mniej więcej wielkość przeciętnego ogródka działkowego, tylko że w tej skali mowa o całym mieście podzielonym na blisko dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy takich kawałków.
A jak to wygląda u sąsiadów, i to tych dalszych
Żeby nie było, że narzekamy bez porównania, spójrzmy, jak wygląda przeciętne gospodarstwo rolne w innych krajach, bo to najlepszy wskaźnik tego, jak bardzo dany kraj lubi (albo nie lubi) dzielić ziemię na drobne kawałki. Polska średnia to dziś 11,75 hektara na gospodarstwo. Brzmi nieźle, dopóki nie zestawimy tego z Francją, gdzie średnie gospodarstwo ma dziś około 53-69 hektarów, Niemcami z wynikiem 56-65 hektarów, czy Wielką Brytanią, gdzie średnia sięga 70-79 hektarów. Nawet Czesi, którzy historycznie startowali z bardzo podobnego punktu co Polska, dziś mają średnią na poziomie 152 hektarów, bo w przeciwieństwie do nas postawili w swoim czasie na duże, skolektywizowane, a potem skonsolidowane gospodarstwa, zamiast na rodzinne poletka.
A gdy spojrzymy jeszcze dalej, robi się już wręcz komicznie. Średnie gospodarstwo w Stanach Zjednoczonych to 178-190 hektarów, w Kanadzie 270 hektarów, w Argentynie prawie 600 hektarów, a w Australii, gdzie przestrzeni najwyraźniej nikt nigdy nie musiał oszczędzać, średnia sięga ponad 3000 hektarów. Jedno australijskie gospodarstwo to statystycznie licząc obszar, na którym w Polsce mogłoby się swobodnie pomieścić kilkaset osobnych, rodzinnych działek, każda ze swoim płotem, przydomowym psem i sąsiedzkim sporem o miedzę.
Czy to źle? Niekoniecznie, ale trochę śmiesznie
Rozdrobnienie ziemi w Polsce ma oczywiście swoje realne, ekonomiczne konsekwencje, mniejszą efektywność produkcji rolnej, wyższe koszty administracyjne, trudności w scalaniu gruntów pod większe inwestycje. Ale ma też swoją zabawną stronę: żaden inny naród w Europie chyba nie oddaje się dzieleniu ziemi na coraz mniejsze kawałki z taką konsekwencją i takim zaangażowaniem od bez mała tysiąca lat. Piastowscy książęta dawno odeszli w niepamięć, ich testamenty zapisujące ziemię synom są dziś tylko ciekawostką z podręcznika do historii, a my nadal, pokolenie po pokoleniu, kroimy hektary na coraz cieńsze plasterki, jakby rozbicie dzielnicowe było nie tyle epizodem historycznym, ile trwałą cechą narodowego charakteru.
Jeśli więc następnym razem ktoś zapyta was, dlaczego działka, którą oglądacie, ma kształt długiego, wąskiego paska zamiast eleganckiego kwadratu, możecie śmiało odpowiedzieć: bo w Polsce rozbicie dzielnicowe nigdy się tak naprawdę nie skończyło, tylko zeszło z poziomu księstw na poziom hektarów.