Jest taka linijka w piosence „Zostaję” radomskiego rapera KęKę, wydanej w 2013 roku: bohater mieszka na osiedlu z wielkiej płyty, kupuje meble za grosze, a towarzystwo, jakie zostało mu dookoła, to głównie emeryci. Rówieśnicy się rozjechali, on został, bo tu wciąż jest jego rodzina. Ponad dziesięć lat później ta linijka brzmi mniej jak osobista historia jednego bohatera z bloku, a bardziej jak trafny opis tego, co dzieje się dziś w setkach mniejszych polskich miast.
Liczby, które to potwierdzają
Z danych GUS przywoływanych w raporcie „Światła małego miasta” wynika, że w 539 spośród 704 miasteczek liczących poniżej 20 tysięcy mieszkańców w ostatniej dekadzie odnotowano ujemne saldo migracyjne, czyli więcej osób z nich wyjeżdża, niż przyjeżdża. Autorzy raportu piszą wprost: małe miasteczka powoli się wyludniają, pustoszeją i starzeją, młodzi wyjeżdżają, nieliczni wracają, a rytm miastom zaczynają nadawać starsi mieszkańcy.
Skala tego zjawiska w dłuższej perspektywie jest naprawdę duża. Według danych Związku Miast Polskich żadne z 1020 polskich miast nie ma dziś wskaźnika dzietności pozwalającego na zastępowalność pokoleń, a aż 70 miast ma go na tyle niski, że przy obecnych trendach za dwa pokolenia mogłyby praktycznie zniknąć z mapy demograficznej kraju. Prognozy dla miast powiatowych mówią o spadku liczby mieszkańców z 12,6 do 9,6 miliona do 2050 roku, czyli o ubytku jednej czwartej populacji w ciągu jednego pokolenia. W miastach silnie związanych z jedną, dziś podupadającą gałęzią przemysłu, jak Konin, Tarnobrzeg, Wałbrzych czy Jastrzębie-Zdrój, straty mogą sięgnąć nawet 39 procent.
Demografowie od dawna opisują ten podział, umownie dzieląc kraj na Polskę A, B i C: metropolie i ich okolice, które rosną, oraz mniejsze ośrodki i tereny wiejskie, gdzie ludność systematycznie ubywa, a proces przyspiesza sam siebie. Jak tłumaczy profesor Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego, tam, gdzie brakuje dobrze płatnej pracy, najpierw wyjeżdżają ci najbardziej ambitni i przedsiębiorczy, a im więcej takich osób wyjeżdża, tym mniejsze szanse, że w danym miejscu w ogóle powstaną atrakcyjne miejsca pracy, które mogłyby kogokolwiek zatrzymać.
Co to znaczy dla rodzin i sąsiedztw
Ten mechanizm to nie tylko sucha statystyka migracyjna, tylko realna zmiana tkanki społecznej. Autorzy analiz cytowanych w mediach ekonomicznych wskazują, że w niektórych mniejszych ośrodkach już dziś co trzeci mieszkaniec jest w wieku poprodukcyjnym, a miasto, które jeszcze niedawno planowało nowe przedszkola, dziś zamyka szkoły z powodu zbyt małej liczby dzieci. W 2025 roku w 516 polskich miastach nie oddano do użytku ani jednego mieszkania w zabudowie wielorodzinnej, a w 620 miastach nie wydano żadnego pozwolenia na nową zabudowę, co dodatkowo zniechęca młodych do zostania czy powrotu.
Dla rodzin oznacza to konkretne, codzienne konsekwencje: dziadkowie mieszkający sami, bo dzieci wyjechały do dużego miasta albo za granicę, wnuki odwiedzające ich raz na jakiś czas zamiast na co dzień, coraz mniej sąsiadów w podobnym wieku co rodzice, za to coraz więcej pustych mieszkań i zamkniętych sklepów. To właśnie z tego okresu, mniej więcej sprzed piętnastu, dwudziestu lat, wywodzi się też pojęcie eurosieroctwa, którym określano dzieci wychowywane głównie przez dziadków albo dalszą rodzinę, podczas gdy rodzice pracowali za granicą. Zjawisko już wtedy pokazywało, że migracja zarobkowa nie jest wyłącznie decyzją ekonomiczną jednej osoby, tylko zmienia całą strukturę rodziny, która zostaje.
Dlaczego niektórzy jednak zostają
Ciekawe jest to, że część demografów i socjologów zwraca dziś uwagę na odwrotny, choć wciąż niszowy trend: młodzi ludzie coraz częściej mówią, że wybierają bezpieczeństwo i stabilność zamiast ryzykownego kredytu i anonimowości dużego miasta. To dokładnie ten sam ton, jaki słychać w piosence KęKę: decyzja o pozostaniu nie wynika z braku ambicji, tylko z przywiązania do miejsca i do rodziny, która tam została, nawet jeśli oznacza to życie wśród coraz starszych sąsiadów i coraz mniejszych perspektyw zawodowych na miejscu.
Trudno dziś jednoznacznie powiedzieć, który scenariusz wygra: dalsze, przyspieszające wyludnianie polskiej prowincji, czy powolny powrót części młodych, zmęczonych życiem w wielkich aglomeracjach. Pewne jest natomiast to, że dla wielu mniejszych miast w Polsce słowa „ja i emeryci jakoś se radzimy” przestały być metaforą, a stały się dosłownym opisem tego, kto dziś tam jeszcze mieszka.