7 min czytania

Zanim inteligencja zaczęła myśleć wyłącznie o karierze i zarobkach: historia radomskiej kasy chorych 1922

Wyobraźcie sobie miasto, w którym o tym, czy przeżyjecie zapalenie płuc, decyduje grubość waszego portfela. Nie ma przesady w tym obrazie: to dokładnie taki Radom istniał jeszcze na początku lat 20. XX wieku. I to właśnie tam dwóch ludzi postanowiło udowodnić pewną tezę, która brzmi zaskakująco aktualnie: że życie w godnych warunkach potrafi uczynić człowieka lepszym i bardziej przydatnym dla społeczeństwa. Nie zrobili tego wykładem ani manifestem. Zrobili to, zakładając kasę chorych i, przy okazji, łamiąc strajk miejscowych lekarzy.

Miasto, w którym zdrowie było towarem luksusowym

Na początku lat 20. medycyna w Radomiu działała na zasadach czystego rynku, i to rynku bez żadnej siatki bezpieczeństwa. Jak opisuje Sebastian Piątkowski w książce „Józef Grzecznarowski. Niezwykły człowiek w niezwykłych czasach”, w mieście funkcjonowały wprawdzie dwa szpitale, ale pracowała w nich tylko garstka lekarzy. Cała reszta środowiska medycznego żyła z prywatnej praktyki: przyjmowała w swoich gabinetach, jeździła z wizytami domowymi, wystawiała rachunki takie, na jakie było ją stać wystawić. Autor ujmuje to bez ogródek: o pozycji każdego lekarza decydował po prostu wolny rynek, a ci najbardziej cenieni mogli żądać za swoje usługi naprawdę wysokich honorariów.

Dla robotnika, szewca czy wdowy z dziećmi oznaczało to jedno: kiedy zachorujesz, radzisz sobie sam, bo fachowej pomocy zwyczajnie cię nie stać. Choroba przestawała być tylko nieszczęściem zdrowotnym, stawała się też nieszczęściem finansowym, które mogło pogrążyć całą rodzinę.

Inteligencja, która czuła się komuś coś winna

Żeby zrozumieć, dlaczego akurat ludzie tacy jak Kelles-Krauz czy Grzecznarowski w ogóle zabrali się za rozwiązanie tego problemu, trzeba cofnąć się do tego, czym w tamtych czasach było w ogóle bycie wykształconym człowiekiem. Polska inteligencja przełomu XIX i XX wieku, ukształtowana w dużej mierze w cieniu zaborów, wyrosła na przekonaniu, że wykształcenie to nie tylko osobisty przywilej, ale przede wszystkim zobowiązanie wobec wspólnoty. To pokolenie wychowało się na idei pracy organicznej i pracy u podstaw, głoszącej, że lekarz, prawnik czy nauczyciel, jako ktoś, kto miał to szczęście zdobyć wiedzę, jest winien coś w zamian tym, którzy takiej szansy nigdy nie dostali.

Dla części ówczesnych inteligentów ten dług spłacało się poprzez oświatę ludową, dla innych przez działalność charytatywną, a dla socjalistów pokroju Kelles-Krauza, człowieka wywodzącego się zresztą z rodziny o silnych tradycjach intelektualnych i politycznych, przez budowanie trwałych instytucji zmieniających realia życia najuboższych. Zawód lekarza traktowano wtedy nie tylko jako źródło utrzymania, ale jako rodzaj społecznej misji, którą można było pełnić na dwa sposoby: albo maksymalizując własny dochód z prywatnej praktyki, jak robiła większość radomskich kolegów po fachu, albo rezygnując z części tego dochodu na rzecz systemu dostępnego dla wszystkich. Kelles-Krauz, zostając lekarzem naczelnym kasy chorych, świadomie wybrał tę drugą drogę, mimo że mógł, tak jak inni, po prostu przyjmować płacących pacjentów we własnym gabinecie.

Dwóch ludzi, jeden pomysł, który wywrócił układ sił

W 1922 roku Kelles-Krauz wraz z Józefem Grzecznarowskim doprowadzili do powstania w Radomiu kasy chorych, instytucji, która niemal natychmiast uruchomiła własne ambulatorium i aptekę. Zasada działania była prosta i, jak na tamte czasy, rewolucyjna: część składki płacił pracownik, część pracodawca, a w zamian ubezpieczony i jego rodzina dostawali bezpłatną opiekę lekarską, pobyt w szpitalu, lekarstwa, a w razie potrzeby zasiłki. Zamiast targować się z lekarzem o cenę wizyty, po prostu się do niego szło.

Radomianie zareagowali na to najlepszą możliwą odpowiedzią, czyli nogami. Już w pierwszym roku działania do kasy zapisało się pięć tysięcy osób, a w kolejnych latach liczba ta rosła w oszałamiającym tempie. Instytucją nie zarządzał żaden nominowany urzędnik, tylko wybieralny samorząd, rada i zarząd. Na czele zarządu stanął sam Grzecznarowski, a funkcję lekarza naczelnego objął Kelles-Krauz, czyli człowiek, który jeszcze niedawno funkcjonował po tej samej stronie rynku, którą właśnie próbował obalić.

Kiedy lekarze zastrajkowali, a przegrali

Kasa chorych, oferująca bezpłatną opiekę finansowaną ze składek, była dla środowiska lekarskiego prowadzącego prywatne praktyki niczym innym jak konkurencją, i to konkurencją, która nie musiała się reklamować, bo pacjenci sami do niej płynęli. Część radomskich lekarzy odpowiedziała na to jedynym dostępnym im narzędziem nacisku: strajkiem. Licząc najwyraźniej na to, że miasto bez ich usług szybko ugnie się i odda im pole z powrotem.

Nie ugięło się. Radomscy socjaliści, ci sami, którzy dopiero co zorganizowali kasę chorych, doprowadzili do złamania tego strajku, a instytucja przetrwała próbę sił i wyszła z niej silniejsza, obejmując z czasem coraz większą część mieszkańców miasta. To wydarzenie na tyle odbiło się echem, że radomscy socjaliści zasłynęli z niego w całej Polsce, obok swojej znanej wcześniej aktywności protestacyjnej. Warto zauważyć, jak symboliczny był to moment: część środowiska lekarskiego broniła swojego rynkowego przywileju, podczas gdy inny lekarz, Kelles-Krauz, stał po drugiej stronie barykady, uosabiając ten sam konflikt, jaki toczył się wtedy w głowach wielu przedstawicieli inteligencji: między wygodą własnej pozycji a poczuciem obowiązku wobec ogółu.

Misja, która z czasem gdzieś się zagubiła

Trudno dziś, sto lat później, nie zauważyć, jak bardzo zmieniło się rozumienie tego, czym jest zawód wymagający wykształcenia. Współczesny lekarz, prawnik czy inżynier rzadko myśli o swojej pracy w kategoriach społecznego długu do spłacenia, częściej w kategoriach kariery, wynagrodzenia i indywidualnego sukcesu, co samo w sobie nie jest niczym nagannym, ale jest zmianą fundamentalną. Etos dziewiętnastowiecznej i dwudziestowiecznej inteligencji, każący traktować wiedzę i pozycję społeczną jako zobowiązanie, a nie wyłącznie osobisty kapitał, dziś funkcjonuje już raczej jako historyczna ciekawostka niż żywa norma.

Historia radomskiej kasy chorych jest więc dobrym przypomnieniem, że ta postawa kiedyś realnie istniała i realnie zmieniała życie konkretnych ludzi, a nie była tylko ładnie brzmiącym hasłem z podręcznika do historii. Grzecznarowski i Kelles-Krauz nie napisali traktatu filozoficznego o tym, że życie w godnych warunkach czyni człowieka lepszym i bardziej przydatnym dla społeczeństwa. Zbudowali za to instytucję, dzięki której choroba przestała oznaczać wyrok finansowy dla najbiedniejszych mieszkańców miasta, płacąc za to własnym czasem, energią i, w przypadku Kelles-Krauza, częścią potencjalnych zarobków. Sto lat później to samo pytanie, komu dziś ktokolwiek czuje się coś winien za własne wykształcenie i pozycję, wciąż warto sobie zadawać, nawet jeśli odpowiedź wypada dla nas mniej korzystnie niż dla bohaterów tej historii.

„Józef Grzecznarowski. Niezwykły człowiek w niezwykłych czasach” Sebastian Piątkowski, 2024

Sto lat później, ta sama walka toczy się o dach nad głową

Warto na koniec zestawić tę historię z czymś, co dzieje się dziś, na naszych oczach, tylko na zupełnie innym rynku. Podobnie jak sto lat temu dostęp do lekarza, tak dziś dostęp do własnego mieszkania w wielu polskich miastach przestał być kwestią potrzeby, a stał się kwestią tego, kto ma więcej kapitału na start. Osoby dysponujące odpowiednimi środkami kupują dziś po kilka, kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt mieszkań pod wynajem czy dalszą odsprzedaż, traktując je wyłącznie jako instrument inwestycyjny, bez większej refleksji nad tym, że każde kupione w ten sposób mieszkanie to jedno mieszkanie mniej dla rodziny, która chciała po prostu w nim zamieszkać. Rzadko kto z takich inwestorów zadaje sobie pytanie, jak bardzo takie zachowanie nadwyręża tkankę społeczną miast, w których ceny rosną szybciej niż zarobki, a młodzi ludzie, często zarabiający wyłącznie na wynajmowane albo wymarzone własne mieszkanie, coraz częściej w ogóle rezygnują z planów założenia rodziny, bo najpierw muszą rozwiązać równanie, którego przy obecnych cenach zwyczajnie nie da się domknąć. Grzecznarowski i Kelles-Krauz w odpowiedzi na podobny mechanizm, tylko na rynku medycznym, zbudowali instytucję łagodzącą nierówności, zamiast je pogłębiać. Trudno dziś o odpowiednik takiej kasy chorych na rynku mieszkaniowym, ale samo pytanie, czy ktokolwiek, kto dziś kupuje piętnaste mieszkanie inwestycyjne, czuje się winien cokolwiek tym, którzy nie mogą kupić pierwszego, pozostaje warte zadania, niezależnie od tego, jak niewygodnej odpowiedzi mogłoby się doczekać.