5 min czytania

Kto naprawdę napisał ustawę o najmie krótkoterminowym: resort czy branża, którą miał regulować

Polska od miesięcy próbuje uregulować rynek najmu krótkoterminowego, czyli wynajmu mieszkań i apartamentów turystom na krótkie pobyty, obowiązek nałożony zresztą przez przepisy unijne, z którymi i tak już jesteśmy spóźnieni. Zamiast spokojnego wdrożenia, w Polsce wybuchł spór na tyle gorący, że jeden z wiceministrów zapowiedział pozew wobec eksperta krytykującego jego resort, a dziennikarze dotarli do dokumentów pokazujących, kto dokładnie odwiedzał go w gabinecie, zanim kontrowersyjne przepisy zniknęły z projektu.

Co pokazują najnowsze dokumenty

Według ustaleń Niezależna.pl (https://niezalezna.pl/polska/dokumenty-pograzajace-ireneusza-rasia/578067), do których dziennikarze dotarli dzięki kontroli poselskiej przeprowadzonej przez posłów PiS Annę Krupkę i Jarosława Krajewskiego, wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś w siedzibie resortu, między 1 marca a 30 czerwca 2026 roku, osobiście spotykał się z przedstawicielami branży wynajmu krótkoterminowego. Wśród rozmówców wymienianych w dokumentach znaleźli się między innymi Grzegorz Żurawski, właściciel firmy Labo Apartment i prezes Polskiego Stowarzyszenia Wynajmu Krótkoterminowego, Sławomir Rupikowski, szef zarządzającej ponad sześćdziesięcioma apartamentami w Krakowie spółki Native Apartments, Kamil Krzyżanowski, prezes wspieranej przez fundusz Enterprise Investors spółki Renters, a także przedstawiciele Polskich Hoteli Niezależnych, Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego i Polskiej Izby Turystyki. Do resortu, według ustaleń redakcji, mieli też docierać osobiście przedstawiciele Airbnb i Booking.com.

To rozwinięcie wcześniejszych doniesień tej samej redakcji z połowy sierpnia, według których po uwagach niemieckiego oddziału Airbnb z projektu ustawy wykreślono zapis pozwalający samorządom blokować tak zwane patohotele, czyli lokale w budynkach mieszkalnych intensywnie wykorzystywane pod krótkoterminowy najem, generujące uciążliwości dla sąsiadów.

Skąd w ogóle ten cały spór

Rządowy projekt nowelizacji ustawy o usługach hotelarskich, przyjęty przez rząd w połowie lipca 2026 roku, miał wprowadzić długo oczekiwany porządek: obowiązkowy rejestr lokali wykorzystywanych pod najem krótkoterminowy, uznanie takiej działalności trwającej do 30 dni za usługę hotelarską, oraz mechanizmy ograniczające szarą strefę na tym rynku. W toku prac projekt jednak systematycznie tracił swoje najbardziej kontrowersyjne, ale też najbardziej oczekiwane przez mieszkańców dużych miast elementy.

W autopoprawce z 7 lipca 2026 roku minister Jakub Rutnicki wycofał się z części wcześniejszych propozycji, w tym ze szczególnych kryteriów przeciwpożarowych dla budynków mieszkalnych wykorzystywanych pod najem w niewielkiej skali oraz z obowiązku dołączania do zgłoszenia opinii specjalisty ochrony przeciwpożarowej. Zniknęła też możliwość tworzenia przez rady gmin stref, w których wynajem turystyczny mógłby być ograniczany, czyli narzędzie, na które od dawna czekali mieszkańcy budynków wielorodzinnych zmagający się z hałaśliwym sąsiedztwem turystów. W rządzie doszło przy tym do rzadko spotykanego incydentu: zdanie odrębne do przyjętego projektu złożyła ministra funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

„Lobby wygrało, a Polska przegrała”

Socjolog i aktywista miejski Jan Śpiewak, od lat zajmujący się problemem turystyfikacji polskich miast, skomentował te zmiany bez ogródek, mówiąc wprost o zwycięstwie branżowego lobby kosztem polskiej demografii, miast i zdrowego rozsądku. Warto przy tym zauważyć, że krytyka pod adresem rozwadnianego projektu nie miała charakteru wyłącznie lewicowego czy aktywistycznego: na postępującą turystyfikację Krakowa od lat uskarża się też konserwatywny publicysta Jan Rokita, mieszkający w tym mieście przez większość życia, co ostatecznie skłoniło go do przeprowadzki na wieś w Bieszczadach. Klub Jagielloński, think tank raczej niekojarzony z lewicową aktywistyką, również skrytykował rządowe wycofanie się z przepisów, pisząc wprost o „kapitulacji” wobec branży.

Spór eskalował, gdy Śpiewak publicznie zapytał, czy stanowisko wiceministra Rasia w sprawie ustawy może mieć jakikolwiek związek z działalnością jego żony na rynku nieruchomości. Raś, w trakcie jednej z debat publicznych, zapowiedział w odpowiedzi, że pozwie eksperta oskarżającego jego partię, PSL, o reprezentowanie interesów branżowego lobby, nie podając wprost nazwiska, choć Śpiewak sam uznał, że zapowiedź dotyczy właśnie jego i zadeklarował gotowość do spotkania w tej sprawie.

Nie wszystko, co krąży w sieci, jest precyzyjne

W tym całym sporze pojawił się też wątek, który sam wymagał sprostowania. W mediach społecznościowych krążyła grafika sugerująca, że nowa wersja ustawy całkowicie znosi jawność Centralnego Wykazu Turystycznych Obiektów Noclegowych. Jak sprawdziło branżowe pismo „Hotelarz”, to wniosek zbyt daleko idący: projekt w dalszym ciągu utrzymuje zasadę jawności samego wykazu, ograniczając jedynie zakres danych prezentowanych publicznie, takich jak numer telefonu osoby kontaktowej czy godziny ciszy nocnej, które mają pozostać dostępne w regulaminie obiektu, a nie w centralnym, publicznym rejestrze. To dobry przykład na to, że w gorącym sporze politycznym łatwo o uproszczenia idące w obie strony, niezależnie od tego, kto akurat je rozpowszechnia.

Resort odpowiada: to konstytucyjne minimum

Ministerstwo Sportu i Turystyki broni się argumentem, że projektowane przepisy muszą pozostawać w zgodzie z konstytucyjną ochroną prawa własności, a projekt realizuje w praktyce unijne minimum regulacyjne, tak by Polska uniknęła kar za brak wdrożenia wymaganych przepisów. To argument, który w tej debacie regularnie zderza się z głosem przeciwnej strony, przekonującej, że pod hasłem „minimum” schowano realną kapitulację wobec dobrze zorganizowanej i, jak pokazują teraz ujawnione dokumenty, bardzo aktywnie lobbującej branży.

Efekt: ustawa jest, ale nie do końca ta, na którą czekano

Cały ten spór dobrze pokazuje, jak duża przepaść potrafi dzielić deklarowany cel regulacji od jej finalnego kształtu, gdy w grze pojawiają się dobrze zorganizowani, zamożni gracze rynkowi z realnym interesem w tym, żeby przepisy wyszły możliwie łagodne. Polska formalnie doczeka się regulacji najmu krótkoterminowego, wymaganej zresztą od dawna przez Brukselę, ale w kształcie, który zamiast dać samorządom i mieszkańcom realne narzędzia do walki z uciążliwym sąsiedztwem turystycznym, pozostawia to pole właściwie nietknięte, z terminami przejściowymi rozciągniętymi aż do 2029 i 2030 roku.