Premier Czech Andrej Babisz spędził ten tydzień na gaszeniu pożaru, którego sam nie wywołał. W sieci pojawiła się fałszywa kampania sugerująca, że Polska rości sobie prawa do części czeskiego terytorium, na tyle poważna, że zwołano posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Państwa. Sam Babisz nazwał całą sprawę „pseudoaferą”, ale zdążył przy okazji oberwać własnym służbom.
Fałszywy ambasador w akcji
Autorzy kampanii nie działali po amatorsku. Podrobili profil czeskiego ambasadora w Warszawie, Břetislava Dančáka, oraz stworzyli fałszywą kopię strony Czeskiego Radia, żeby przekaz o rosnącej polskiej presji terytorialnej wyglądał na wiarygodny, a nie na kolejne anonimowe konto siejące panikę. Babisz zapewnił, że większość Czechów w ogóle nie wie, o co chodzi, i podkreślił, że relacje polsko-czeskie są dziś naprawdę dobre.
Bardziej niż sama dezinformacja, premiera zabolało to, że dowiedział się o niej od dziennikarzy, a nie od własnych służb. Część komentatorów wiąże to opóźnienie z wcześniejszą likwidacją rządowego biura komunikacji strategicznej. Babisz się z tym nie zgadza, twierdząc, że od wykrywania takich zagrożeń są służby państwowe, a nie osobny urząd od PR-u.
Skąd w ogóle wzięło się te 368 hektarów
Najlepsze w tej historii jest to, jak niewinnie zaczęła się cała sprawa. W 1958 roku Polska i Czechosłowacja podpisały umowę korygującą przebieg wspólnej granicy, dokonując aż 85 drobnych poprawek linii granicznej i skracając ją przy okazji o 80 kilometrów. Gdy po latach ktoś policzył bilans tych wszystkich przesunięć, wyszło, że Czechosłowacja zyskała netto około 368 hektarów więcej, niż oddała. Odkąd dyplomaci to zauważyli, w 1992 roku, temat wraca regularnie na spotkaniach ministrów spraw zagranicznych, ostatnio w lutym, gdy szef czeskiej dyplomacji Petr Macinka rozmawiał o tym w Warszawie, proponując rozwiązanie iście sielskie: wspólny polsko-czeski projekt ochrony przeciwpowodziowej, zamiast jakiejkolwiek korekty granicy.
Przez ponad trzy dekady ten temat traktowano dokładnie tak, jak na to zasługiwał: jako biurokratyczną ciekawostkę, a nie punkt zapalny. Wystarczył jednak jeden dobrze uszyty fałszywy profil i podrobiona strona radiowa, żeby z tej ciekawostki zrobić materiał na międzynarodowy incydent. Babisz twierdzi, że sytuacja jest już opanowana, choć konkretnych działań, jakie w związku z nią podjęto, na razie nie zdradził.