5 min czytania

73% obrotów na GPW należy dziś do zagranicy. Czy to powód do niepokoju?

Liczba, która krąży ostatnio w finansowych mediach, rzeczywiście robi wrażenie: w pierwszym półroczu 2026 roku inwestorzy zagraniczni odpowiadali już za 73 procent obrotów akcjami na Głównym Rynku GPW, a wartość ich transakcji sięgnęła blisko 453 miliardów złotych. To rekordowy wynik w historii warszawskiej giełdy i kontynuacja trendu widocznego na załączonym wykresie, gdzie udział zagranicy systematycznie rośnie właściwie nieprzerwanie od kilku lat, z poziomu 54 procent w pierwszej połowie 2016 roku do dzisiejszych 73 procent.

Co dokładnie pokazują te liczby

Zanim przejdziemy do emocji, warto precyzyjnie ustalić, o czym w ogóle mówimy. Dane GPW dotyczą struktury obrotów, czyli tego, kto generuje wolumen transakcji kupna i sprzedaży akcji na giełdzie, a nie struktury własności polskich spółek jako takiej. To istotne rozróżnienie, bo wysoki udział zagranicy w obrotach nie oznacza automatycznie, że zagraniczni inwestorzy „wykupują” polskie firmy i trzymają je na stałe w swoich portfelach. Część tego wolumenu generują fundusze inwestujące długoterminowo, ale spora część to też animatorzy rynku, fundusze algorytmiczne i inwestorzy handlujący aktywnie, dla których wysoki obrót niekoniecznie przekłada się na trwałe, duże pakiety akcji w rękach jednego podmiotu.

Warto też spojrzeć na to, jak rozkłada się to na różne segmenty warszawskiej giełdy, bo obraz wcale nie jest jednolity. Na rynku NewConnect, czyli mniejszych, bardziej ryzykownych spółek, dominującą rolę wciąż odgrywają krajowi inwestorzy indywidualni, generujący aż 84 procent obrotów. Na rynku opcji to też inwestorzy indywidualni są największą grupą, z 56 procentami udziału, wyprzedzając zarówno zagranicę, jak i krajowe instytucje. Zagranica rządzi przede wszystkim na Głównym Rynku, czyli tam, gdzie notowane są największe, najbardziej płynne polskie spółki.

Dlaczego zagranicznego kapitału jest tak dużo

Wysoki udział zagranicznych inwestorów w obrotach na dużych giełdach wschodzących rynków, do których wciąż częściowo zalicza się Polska, to zjawisko dość typowe, a nie wyłącznie polska specyfika. Duże, globalne fundusze dysponują kapitałem nieporównywalnie większym niż suma oszczędności krajowych inwestorów indywidualnych i krajowych instytucji razem wziętych, a jednocześnie polskie spółki, zwłaszcza te z indeksu WIG20, są wystarczająco duże i płynne, żeby zmieścić się w portfelach globalnych funduszy inwestujących w rynki regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Do tego dochodzi rzeczywiście czynnik, na który zwracasz uwagę: relatywnie niska w Polsce, na tle krajów Europy Zachodniej, skłonność do samodzielnego inwestowania oszczędności na giełdzie, w porównaniu choćby do Stanów Zjednoczonych czy krajów skandynawskich, gdzie inwestowanie części oszczędności w akcje jest znacznie bardziej rozpowszechnionym nawykiem finansowym. Nie oznacza to jednak, że polscy inwestorzy indywidualni znikają z rynku. Liczba rachunków maklerskich w Polsce wzrosła do ponad 2,91 miliona, a liczba rachunków aktywnych przekroczyła 444 tysiące, co jest jednym z najwyższych poziomów w historii polskiego rynku kapitałowego. Innymi słowy, samych Polaków inwestujących na giełdzie wcale nie ubywa, tylko globalny kapitał napływający do Polski rośnie jeszcze szybciej, co siłą rzeczy obniża procentowy udział krajowych inwestorów w całości obrotu.

Czy to naprawdę „wykupywanie za bezcen”?

Twoja intuicja co do niskiej edukacji finansowej Polaków jako jednego z czynników tej sytuacji ma realne podstawy: Polska od lat notuje w międzynarodowych badaniach relatywnie niski poziom wiedzy finansowej społeczeństwa, co przekłada się na niższą niż w krajach zachodnich skłonność do samodzielnego inwestowania oszczędności zamiast trzymania ich na lokatach czy kontach oszczędnościowych. To realny, wart poprawy problem systemowy.

Warto jednak podchodzić ostrożnie do samego określenia „wykupywanie za bezcen”. Obecność zagranicznego kapitału na GPW to w dużej mierze wynik globalizacji rynków finansowych i naturalnej konsekwencji tego, że polska giełda jest dziś częścią globalnego systemu inwestycyjnego, a nie odizolowanym, wyłącznie krajowym rynkiem. Duży udział zagranicy w obrotach oznacza też realną płynność i zainteresowanie kapitału zagranicznego polskimi spółkami, co samo w sobie nie jest zjawiskiem wyłącznie negatywnym, bo ta płynność ułatwia funkcjonowanie także krajowym inwestorom, którzy w każdej chwili mogą kupić lub sprzedać akcje po rynkowej cenie.

Czy za dziesięć lat inwestorzy indywidualni będą w większości?

To ambitna prognoza, i szczerze mówiąc, trudno o twarde przesłanki, które jednoznacznie by ją potwierdzały, patrząc na sam, systematyczny trend widoczny na wykresie od 2016 roku. Realniejszym, bardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się dalszy, powolny wzrost liczby aktywnych polskich inwestorów indywidualnych, tak jak dzieje się to już dziś, przy jednoczesnym utrzymaniu się wysokiego udziału zagranicy w samej strukturze procentowej obrotów, napędzanej globalnym kapitałem, którego skala i tak zawsze będzie przewyższać sumę oszczędności pojedynczego, kilkudziesięciomilionowego kraju. To nie musi być powód do wstydu czy porażki, tylko naturalna konsekwencja wielkości polskiej gospodarki na tle globalnych przepływów kapitałowych, którą najskuteczniej można zrównoważyć nie walką z zagranicznym kapitałem, tylko systematycznym budowaniem krajowej kultury inwestowania i oszczędzania, od najmłodszych lat edukacji finansowej po konkretne, realne zachęty podatkowe dla drobnych, długoterminowych inwestorów.