Jest taki kraj na świecie, w którym prawo od ponad czterdziestu lat traktuje wodę dokładnie tak samo jak działkę budowlaną: jako towar, który można kupić, sprzedać i zatrzymać dla siebie na zawsze, niezależnie od tego, czy komuś innemu w tym czasie brakuje wody do picia. Tym krajem jest Chile, a historia jego Kodeksu Wodnego to jedna z najbardziej pouczających lekcji na temat tego, co się dzieje, gdy zasób absolutnie niezbędny do życia zostaje w pełni oddany logice wolnego rynku.
Skąd wziął się ten eksperyment
Chilijski Kodeks Wodny wprowadzono w 1981 roku, w czasach dyktatury generała Augusto Pinocheta, jako część szerszego pakietu radykalnie liberalnych reform gospodarczych inspirowanych chicagowską szkołą ekonomii Miltona Friedmana. Prawo formalnie ogłosiło wodę wspólnym dziedzictwem narodu chilijskiego, ale jednocześnie oddało jej użytkowanie i zarządzanie w ręce prawa własności. W praktyce oznaczało to coś rewolucyjnego: prawa do poboru wody oddzielono od własności ziemi, na której ta woda się znajdowała, i można je było odtąd kupować, sprzedawać i gromadzić na własność bezterminowo, zupełnie niezależnie od tego, czy dana osoba w ogóle posiadała jakąkolwiek działkę.
Chile do dziś pozostaje jedynym krajem na świecie, który w tak pełnym zakresie sprywatyzował swoje zasoby wodne, a jego konstytucja wprost traktuje prawa do wody jako rodzaj własności prywatnej. Co uderzające, żaden z siedmiu demokratycznych rządów, które rządziły krajem po odsunięciu Pinocheta od władzy, nie zdecydował się na fundamentalną zmianę tego prawa.
Farmy kontra ludzie: bilans, który nie pozostawia wątpliwości
Najlepiej skalę problemu oddają liczby z prowincji Petorca, centralnego regionu Chile, który stał się symbolem kryzysu wywołanego boomem na uprawę awokado. Do nawodnienia jednego hektara plantacji awokado potrzeba tam około 100 tysięcy litrów wody dziennie, czyli dokładnie tyle, ile wystarczyłoby na zaspokojenie podstawowych potrzeb tysiąca ludzi. Według Światowej Organizacji Zdrowia człowiek potrzebuje do zaspokojenia podstawowych potrzeb od 50 do 100 litrów wody dziennie. Tymczasem samo wyprodukowanie jednego pojedynczego awokado w warunkach suchego klimatu Petorki, gdzie roślina wymaga sztucznego nawadniania, pochłania nawet 320 litrów wody, czyli więcej, niż jeden człowiek zużywa w ciągu całego dnia na picie, gotowanie i higienę razem wziętych.
Te liczby nie pozostały tylko teoretycznym porównaniem. Powierzchnia upraw awokado w Petorce urosła w ciągu niespełna trzydziestu lat o 800 procent, do ponad 16 tysięcy hektarów, wypierając po drodze tradycyjne uprawy ziemniaków, pomidorów i sadów owocowych. Prawa do poboru wody, przyznawane bezterminowo i sprzedawane na wolnym rynku, trafiały w ręce tych, którzy mogli za nie zapłacić najwięcej, czyli dużych producentów awokado, podczas gdy mieszkańcy okolicznych miejscowości zostali bez dostępu do własnych studni i rzek. Od 2007 roku ponad dwa tysiące drobnych rolników musiało zrezygnować z własnych upraw, bo nie było ich stać na dostarczenie wody do niewielkich gospodarstw, podczas gdy zamożniejsi producenci wiercili coraz głębsze, coraz droższe studnie, a w regionie naliczono w końcu około czterech tysięcy nielegalnych odwiertów.
Wysychające rzeki i jezioro, które zniknęło z mapy
Skutki tego mechanizmu widać dziś gołym okiem. Rzeka La Ligua wyschła w ciągu zaledwie dwóch lat, a koryta kilku innych rzek regionu, w tym Petorki, pozostawały suche przez ponad dekadę. Jezioro Aculeo, popularny niegdyś cel turystyczny położony pięćdziesiąt kilometrów na południe od Santiago, całkowicie zniknęło z mapy w 2018 roku, mniej niż dekadę po tym, jak wciąż funkcjonowało jako pełnoprawny akwen z pływającym barem i wypożyczalnią łodzi. Dziś w jego miejscu jest wyschnięte, spękane błoto.
Dla wielu mieszkańców regionów dotkniętych tym kryzysem codzienność oznacza korzystanie z cystern z wodą pitną, dowożonych zaledwie kilka razy w tygodniu, w kraju, który jednocześnie eksportuje setki tysięcy ton awokado rocznie do Europy i Ameryki Północnej. Nic dziwnego, że podczas masowych protestów społecznych, które wstrząsnęły Chile w 2019 roku, jednym z najczęściej powtarzanych haseł było „no es sequía, es saqueo”, czyli „to nie susza, to grabież”. Demonstranci, obok żądań dotyczących emerytur i systemu opieki zdrowotnej, domagali się też fundamentalnej zmiany prawa wodnego, słusznie wskazując, że problemem nie jest wyłącznie deficyt opadów, tylko sposób, w jaki i tak ograniczone zasoby zostały rozdysponowane.
Jaka z tego lekcja dla nas
Polska nie jest Chile, i na szczęście nikt u nas nie proponuje pełnej prywatyzacji praw do wody na wzór tamtejszego kodeksu. Ale sam mechanizm, który doprowadził do chilijskiego kryzysu, wart jest zapamiętania jako ostrzeżenie, zwłaszcza że pisaliśmy już wcześniej o tym, jak poważny i realny jest problem deficytu wody w samej Polsce, od rekordowo niskich stanów Wisły w Warszawie, po permanentną suszę hydrologiczną trwającą nieprzerwanie od 2013 roku.
Lekcja z Chile sprowadza się do jednego, prostego wniosku: gdy dostęp do zasobu absolutnie niezbędnego do życia zostaje w pełni podporządkowany temu, kto jest w stanie za niego najwięcej zapłacić, podstawowe potrzeby zwykłych ludzi z definicji przegrywają z komercyjnymi interesami tych, dla których ten sam zasób jest po prostu jednym ze składników rachunku zysków i strat. Woda, w przeciwieństwie do niemal każdego innego towaru, nie ma dobrego substytutu i nie da się bez niej po prostu obejść, czekając na spadek cen. Dlatego mechanizmy chroniące priorytet podstawowych potrzeb ludności przed komercyjnym wykorzystaniem wody, jakkolwiek oczywiste mogą się wydawać, wcale nie są gwarantowane same z siebie, o czym najlepiej przekonali się mieszkańcy Petorki, czekający na cysternę z wodą pitną w kraju, który jednocześnie eksportuje miliony litrów tej samej wody zamkniętej w skórce awokado.