Są książki, które czyta się dla przyjemności, i są takie, które czyta się, bo po ich lekturze świat wygląda inaczej, a rzeczy, obok których do tej pory przechodziliśmy obojętnie, nagle domagają się uwagi. „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać” Jana Mencwela, wydana nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Kim jest autor i skąd ta książka
Jan Mencwel to animator kultury, publicysta i działacz miejski, współzałożyciel warszawskiego stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, znany wcześniej z równie głośnej książki „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta”, w której rozliczał się z betonowej gigantomanii polskich samorządów. „Hydrozagadka” jest w pewnym sensie naturalną kontynuacją tamtego wątku, tylko przeniesioną z chodników i placów miejskich na rzeki, jeziora, bagna i podmokłe łąki całego kraju. Tam, gdzie „Betonoza” pytała, dlaczego wycinamy drzewa i zalewamy wszystko betonem, „Hydrozagadka” pyta, dokąd znika woda, która jeszcze pokolenie temu wydawała się w Polsce zasobem oczywistym i niewyczerpanym.
Diagnoza, od której trudno się odciąć
Mencwel zaczyna od liczby, która powinna dać do myślenia każdemu: statystyczny mieszkaniec Polski ma dziś do dyspozycji podobną ilość wody słodkiej co mieszkaniec Egiptu, kraju kojarzonego przede wszystkim z pustynią. Susze rolnicze, jeszcze niedawno traktowane jako rzadkie zjawisko pogodowe, w ostatnich latach stały się w Polsce czymś w rodzaju corocznego rytuału.
Autor, z reporterską dociekliwością, prowadzi czytelnika przez kolejne przyczyny tego stanu rzeczy, i konsekwentnie pokazuje, że nie chodzi o jeden, pojedynczy błąd, tylko o cały system decyzji, powtarzanych przez dekady niezależnie od tego, kto akurat rządził. Winowajcą, którego Mencwel wskazuje najczęściej, jest przestarzały model melioracji, oparty na prostym, ale dziś już wyraźnie szkodliwym założeniu: wodę opadową trzeba jak najszybciej odprowadzić z pola czy z miasta do rzeki, a samą rzekę, dla wygody transportu i przemysłu, wyprostować i obudować betonem. Do tego dochodzą opisy kopalni odkrywkowych, wokół których powstają rozległe leje depresji, dosłownie wysysające wodę z okolicznych studni i jezior, betonowanie miast pozbawiające grunt zdolności wchłaniania deszczu, oraz przemysłowe rolnictwo, które z krajobrazu wyrugowało miedze, zadrzewienia śródpolne i małe, śródpolne oczka wodne, pełniące niegdyś funkcję naturalnych, rozproszonych zbiorników retencyjnych.
Rzeki, bagna i ptasi koncert
To, co odróżnia „Hydrozagadkę” od suchego raportu eksperckiego, to forma. Mencwel nie ogranicza się do przywoływania danych, tylko fizycznie zabiera czytelnika w teren: nad Wisłę i Odrę, czyli dwie główne polskie rzeki, których zanieczyszczenie, historię regulacji i niemal stuletnie plany przekształcenia w przemysłowe i transportowe arterie opisuje ze szczegółowością godną śledztwa dziennikarskiego, ale też w rzadko dziś odwiedzane, bagienne zakątki mniejszych rzek, gdzie można jeszcze usłyszeć koncerty ptaków związanych z terenami podmokłymi, gatunków, które w uporządkowanym, zabetonowanym krajobrazie po prostu nie mają już gdzie żyć. Te fragmenty, mimo poważnego tematu, mają w sobie coś z klasycznego reportażu przyrodniczego, i to właśnie one sprawiają, że przez ponad czterysta stron książki o gospodarce wodnej naprawdę chce się przebrnąć bez znużenia.
Ciekawostki, które dobrze oddają ducha tej książki
Przy okazji lektury warto przypomnieć sobie dwa fakty o wodzie, które w kontekście „Hydrozagadki” nabierają dodatkowego znaczenia.
Po pierwsze, woda jest jedną z niewielu substancji na Ziemi, których zamarznięta forma jest lżejsza od formy ciekłej, przez co zbiorniki wodne zamarzają od góry, a nie od dna. Gdyby było inaczej, lód opadałby na dno jezior i rzek, a życie pod powierzchnią wody zimą byłoby praktycznie niemożliwe. To jedna z tych fizycznych osobliwości, dzięki którym nasza planeta w ogóle mogła rozwinąć bogate ekosystemy wodne, dokładnie te, o których losie pisze Mencwel.
Po drugie, całkowita ilość wody na Ziemi od miliardów lat pozostaje praktycznie niezmienna. Nasza planeta jest, mówiąc obrazowo, systemem zamkniętym: woda krąży między oceanami, atmosferą, lodowcami i gruntem, ale nigdzie z tego obiegu nie ucieka. Problem, który opisuje autor, nie polega więc na tym, że wody na świecie ubywa w sensie fizycznym, tylko na tym, że jej rozkład w konkretnym miejscu, jakim jest dzisiejsza Polska, został przez dekady ludzkich decyzji brutalnie zaburzony. To nie jest kwestia globalnego niedoboru, tylko lokalnego, w dużej mierze samodzielnie sobie zafundowanego kryzysu.


Co proponuje autor
Mencwel nie poprzestaje na katalogu win. Druga część książki to w gruncie rzeczy wezwanie do tego, co sam nazywa wielkim rozbetonowaniem: oddania rzekom ich naturalnych terenów zalewowych, ochrony i odtwarzania torfowisk, działających jak gigantyczne, naturalne gąbki zatrzymujące wodę na długo przed tym, zanim w ogóle dotrze do koryta rzeki, oraz postawienia na tak zwaną małą retencję, czyli tysiące drobnych, lokalnych działań, które w sumie potrafią zatrzymać więcej wody niż pojedyncza, kosztowna, wielka inwestycja hydrotechniczna. Autor przywołuje przy tym konkretne, już wdrożone przykłady dobrych praktyk, w rodzaju pozostawiania części opadłych liści w parkach, bo skuteczniej zatrzymują wilgoć w glebie, czy nieoczyszczania oczek wodnych z liści, bo stanowią siedlisko dla płazów. To sprawia, że książka, mimo mocno alarmistycznego tonu, nie kończy się poczuciem całkowitej bezradności, tylko raczej konkretną, możliwą do samodzielnego powtórzenia listą działań.
Mocne i słabe strony
Siłą „Hydrozagadki” jest połączenie osobistego zaangażowania autora z twardymi danymi hydrologicznymi oraz rozmowami z naukowcami, hydrologami i praktykami, co razem tworzy narrację trudną do zignorowania. Książka realnie zmienia sposób patrzenia na krajobraz: po jej lekturze trudno przejść obojętnie obok wyprostowanego, obetonowanego rowu melioracyjnego i nie pomyśleć, ile naturalnej retencji zostało w tym miejscu bezpowrotnie utracone.
Trzeba jednak uczciwie odnotować głosy krytyczne, jakie pojawiły się wokół książki, w tym zarzuty o pewną jednostronność narracji. Część czytelników i recenzentów zwraca uwagę, że Mencwel bywa bezlitosny wobec inżynierów wodnych starej daty i instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną, rzadko oddając im głos i przestrzeń na merytoryczną obronę własnych, technicznych racji, które w niektórych przypadkach mogły wynikać z realnych, ówczesnych ograniczeń, a nie wyłącznie z braku wyobraźni ekologicznej. To książka napisana z wyraźnej, aktywistycznej pozycji, co jest jej świadomym wyborem stylistycznym, ale czytelnik szukający w pełni zrównoważonego, wielostronnego bilansu argumentów powinien być na to przygotowany.
Dlaczego warto po nią sięgnąć
Mimo tych zastrzeżeń, „Hydrozagadka” to dziś jedna z najważniejszych polskich książek popularnonaukowych o stanie krajowego środowiska naturalnego, adresowana świadomie do szerokiego, niekoniecznie eksperckiego czytelnika. Mimo swojej objętości czyta się ją naprawdę sprawnie, a temat, który dla wielu osób do tej pory istniał gdzieś na marginesie codziennych zmartwień, po lekturze zaczyna wydawać się jednym z najpilniejszych wyzwań stojących przed Polską w najbliższych dekadach.
Wątek ten jest nam zresztą bliski nie tylko jako czytelnikom. Pisaliśmy już wcześniej o rekordowo niskich stanach Wisły w Warszawie i o roli, jaką w tym kryzysie odgrywają kopalnie piasku, a także o tym, jak zatrzymywać deszcz na własnej działce zamiast pozwalać mu bezpowrotnie spływać do kanalizacji. Cała nasza misja w tuziemia.pl, czyli budowanie przejrzystego dostępu do informacji o ziemi, w tym o warstwach środowiskowych, strefach ochronnych czy bliskości wód, wynika z tego samego, głębszego przekonania, które przyświeca książce Mencwela: że świadome decyzje o ziemi i wodzie da się podejmować tylko wtedy, gdy najpierw naprawdę rozumiemy, co się z nimi dzieje.
