5 min czytania

KGHM jest światowym liderem produkcji srebra, a Polska mimo to nie ma własnej, rozpoznawalnej monety inwestycyjnej i wiele na tym traci

Jest coś głęboko nielogicznego w tym, że kraj wydobywający więcej srebra niż jakakolwiek inna pojedyncza firma górnicza na świecie, nie ma równocześnie swojej rozpoznawalnej marki monety inwestycyjnej z tego kruszcu. A dokładnie taka jest dziś sytuacja Polski i KGHM.

Nasza pozycja jest jeszcze mocniejsza, niż mogłoby się wydawać

Warto od razu sprostować i jednocześnie wzmocnić punkt wyjścia tej dyskusji, bo rzeczywistość jest jeszcze bardziej imponująca niż najczęściej przytaczane liczby. W 2024 roku Grupa KGHM wyprodukowała 1341 ton srebra, co odpowiada około 47,3 milionom uncji, i w tym samym roku, według rankingu „World Silver Survey”, zajęła pierwsze miejsce w kategorii największej pojedynczej kopalni srebra na świecie, choć w kategorii producentów ustąpiła jeszcze meksykańsko-brytyjskiemu Fresnillo. W 2025 roku KGHM zrobił kolejny krok i wyprzedził już również Fresnillo w ogólnym rankingu producentów, stając się, zgodnie z najnowszym raportem „World Silver Survey 2026”, największym producentem srebra na świecie, pełną gębą, z produkcją na poziomie 1347 ton.

Co ciekawe, cała ta produkcja to rzeczywiście tylko efekt uboczny wydobycia miedzi. Srebro odzyskiwane jest z tak zwanego czarnego błota, czyli szlamu anodowego powstającego podczas elektrorafinacji miedzi, w działającym od 1993 roku Wydziale Metali Szlachetnych Huty Miedzi Głogów. Gotowy produkt trafia na rynek w dwóch formach: jako granulat o czystości 99,99 procent, kupowany przez jubilerów i producentów stopów, oraz jako gąski, czyli sztabki, lądujące głównie w skarbcach instytucji finansowych. Srebro KGHM figuruje zresztą na prestiżowej liście Good Delivery Londyńskiego Stowarzyszenia Rynku Kruszców, obok najbardziej zaufanych producentów na świecie.

Jak zrobili to inni

Skoro mamy tak mocną kartę przetargową, warto spojrzeć, jak podobny potencjał wykorzystały inne kraje, budując z pojedynczej monety rozpoznawalną, globalną markę inwestycyjną.

Kanada ma swojego Liścia Klonowego, Silver Maple Leaf, bity przez Royal Canadian Mint od 1988 roku, słynącego z jednej z najwyższych prób czystości srebra spośród wszystkich monet bulionowych świata, sięgającej 999,9 promila. Austria postawiła na Wiedeńskiego Filharmonika, monetę Austriackiej Mennicy Państwowej, nawiązującą wprost do Wiedeńskiej Filharmonii i będącą jedną z najlepiej rozpoznawalnych europejskich monet inwestycyjnych. Wielka Brytania ma swoją Britannię, bitą przez Royal Mint od 1997 roku, regularnie unowocześnianą o kolejne zabezpieczenia antykontrfakcyjne, żeby utrzymać zaufanie inwestorów. Stany Zjednoczone poszły dwutorowo: mają srebrnego American Silver Eagle, bitego przez United States Mint od 1986 roku i będącego dziś prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną na świecie monetą bulionową w ogóle, a osobno złotego American Buffalo, pierwszą amerykańską monetę o najwyższej próbie złota 999,9.

Każdy z tych krajów zamienił pojedynczy produkt mennicy państwowej w markę rozpoznawaną przez inwestorów na całym świecie, budując przy okazji realny, powtarzalny popyt i prestiż narodowy.

My już raz spróbowaliśmy, ale ze złotem, i nie do końca wyszło

Tu trzeba dodać ważny niuans, bo Polska wcale nie startuje w tej dyskusji z czystą kartą. Narodowy Bank Polski od 1995 roku emituje złotą monetę bulionową Orzeł Bielik, dziś krócej nazywaną po prostu Bielikiem, produkowaną przez Mennicę Polską w czterech nominałach odpowiadających typowym wagom uncjowym. To była pierwsza polska moneta inwestycyjna w ogóle, i formalnie wciąż istnieje. Problem w tym, że mimo trzydziestu lat obecności na rynku, Bielik nigdy nie zbudował sobie takiej rozpoznawalności międzynarodowej jak Liść Klonowy czy Filharmonik. Stosunkowo niskie nakłady, ograniczona dystrybucja i wysokie premium ponad cenę samego kruszcu sprawiły, że moneta funkcjonuje dziś głównie jako krajowa ciekawostka kolekcjonerska, a nie globalnie płynny, rozpoznawalny instrument inwestycyjny.

To akurat dobra lekcja, a nie powód do zniechęcenia. Pokazuje, że sam fakt wybicia monety przez państwową mennicę niczego automatycznie nie gwarantuje, jeśli nie towarzyszy mu odpowiednia skala produkcji, dystrybucji i przede wszystkim marketingu na rynkach zagranicznych, dokładnie tych elementów, które zabrakły przy Bieliku, a które trzeba by zrobić inaczej przy nowej, srebrnej monecie.

Srebro to zupełnie inna liga możliwości niż złoto

W przypadku złota Polska nigdy nie miała szczególnej przewagi surowcowej, więc trudno się dziwić, że Bielik nie zdobył serc inwestorów tak jak konkurenci wspierani przez kraje z realną, wielowiekową tradycją wydobycia złota. Przy srebrze sytuacja jest diametralnie inna: to nie jest już kwestia budowania marki znikąd, tylko wykorzystania realnej, udokumentowanej i formalnie potwierdzonej pozycji światowego lidera produkcji. Mało który kraj na świecie mógłby dziś wystartować z takim argumentem sprzedażowym: srebro w tej monecie pochodzi od największego producenta tego kruszcu na świecie, z certyfikowanej, śledzonej huty, z jednym z najniższych śladów węglowych w branży.

Czas przestać czekać

Trudno o lepszy moment, żeby to nadrobić, niż teraz, gdy KGHM oficjalnie zajął pozycję globalnego lidera produkcji srebra, a Polska wciąż nie ma z tego tytułu żadnej rozpoznawalnej, srebrnej monety inwestycyjnej na miarę tego osiągnięcia. Skala globalnego rynku metali szlachetnych rośnie, zainteresowanie srebrem jako aktywem inwestycyjnym i przemysłowym, wykorzystywanym w fotowoltaice, elektronice i sektorze obronnym, systematycznie się zwiększa, a Polska ma dziś wszystkie surowcowe atuty, żeby zbudować na tym własną, silną markę, zamiast zostawiać to pole innym krajom, które takiej przewagi surowcowej nawet nie mają. Prestiż i realne zyski leżą tu dosłownie pod nogami, w postaci gotowego, certyfikowanego produktu, czekającego tylko na odpowiednią decyzję i dobrze poprowadzoną kampanię, tym razem bez błędów, które kosztowały popularność Orła Bielika.