Robert Kiyosaki, autor bestsellerowego „Bogatego ojca, biednego ojca”, książki, którą po raz pierwszy samodzielnie wydał w 1997 roku, a która według danych „Vanity Fair” sprzedała się dotąd w ponad 44 milionach egzemplarzy, od miesięcy powtarza w wywiadach i mediach społecznościowych tę samą, szokującą liczbę: jest 1,2 miliarda dolarów w długach. W czerwcowym wywiadzie dla podcastu „Get Rich Education” powiedział to wprost, bez ogródek: „Mam 1,2 mld USD długu”. Problem w tym, że rzeczywistość, jak to często bywa, jest nieco bardziej skomplikowana niż chwytliwy nagłówek.
Skąd w ogóle ta liczba
Kiyosaki, dziś 79-letni, od dekad głosi filozofię, którą sam nazywa „dobrym długiem”. W jego rozumieniu chodzi o zadłużenie długoterminowe, o stałym oprocentowaniu, zabezpieczone aktywem generującym dochód, które samo spłaca zaciągnięty kredyt. To fundamentalnie inna kategoria niż dług na karcie kredytowej czy pożyczka o zmiennym oprocentowaniu, na co sam wielokrotnie zwracał uwagę. W jego ujęciu 1,2 miliarda dolarów to nie brzemię, tylko narzędzie: pieniądze pożyczone po to, żeby kupować nieruchomości przynoszące dochód, a przy okazji legalnie unikać części obciążeń podatkowych, bo w Stanach Zjednoczonych odsetki od kredytów inwestycyjnych podlegają odliczeniom. Sam Kiyosaki ujął to swego czasu dosadnie: powodem, dla którego nie płaci podatków, jest to, że pożycza pieniądze.
Ta konkretna liczba nie pojawiła się zresztą znikąd i nie jest nowością z ostatnich tygodni. Kiyosaki mówił publicznie o miliardzie dolarów długu już we wrześniu 2022 roku, a od co najmniej 2023 roku konsekwentnie posługuje się kwotą 1,2 miliarda, powtarzając ją regularnie w wywiadach, na platformie X i w odcinkach własnego Rich Dad Radio Show.
Kluczowy szczegół, który zmienia całą historię
We wrześniowym profilu opublikowanym przez „Vanity Fair” oraz w rozmowie z amerykańską stacją NewsNation, Kim Kiyosaki, była żona i wieloletnia partnerka biznesowa autora, wyjaśniła coś, co znacząco koryguje obraz wynikający z samych nagłówków. Te 1,2 miliarda dolarów to nie osobisty dług Roberta Kiyosakiego, tylko łączne zadłużenie całej grupy inwestorów nieruchomości, do której należy razem ze swoimi partnerami biznesowymi, powiązane z portfelem liczącym około 1500 mieszkań w budynkach wielorodzinnych. „Więc technicznie tak, mamy cały ten dług”, przyznała Kim Kiyosaki, zaznaczając jednocześnie, że jest on zabezpieczony realnymi aktywami, a osobisty udział samego Roberta w tej sumie jest znacznie mniejszy niż nagłówkowa kwota.
Dziennikarze „Vanity Fair”, opierając się na deklarowanych przez samego Kiyosakiego rocznych dochodach rzędu 3 milionów dolarów, oszacowali jego indywidualny udział w tym zadłużeniu na od 30 do 60 milionów dolarów. To wciąż ogromna suma jak na standardy przeciętnego człowieka, ale zdecydowanie dalsza od miliarda dwustu milionów, które wybrzmiewają w każdym nagłówku poświęconym tej historii. Sama Kim Kiyosaki przyznała zresztą otwarcie, że jej były mąż uwielbia mówić rzeczy, które szokują, i posługuje się miliardową kwotą właśnie po to, żeby przyciągnąć uwagę, a potem wytłumaczyć, dlaczego jego zdaniem zadłużenie związane z inwestycjami bywa korzystne.
„Nie róbcie tego, co ja”
Co ciekawe, sam Kiyosaki w tym samym wywiadzie dla „Get Rich Education”, w którym przyznał się do miliarda dwustu milionów długu, dodał do tego wyznania wyraźne zastrzeżenie skierowane do słuchaczy: nie powinni robić tego, co on. Zaznaczył, że sam uczy się posługiwania długiem od 1974 roku, a korzystanie z tego narzędzia w praktyce wymaga wcześniej solidnej wiedzy finansowej, a nie ślepego naśladowania jego strategii.
Mechanizm, który stosuje, opisuje „Vanity Fair” dość szczegółowo: gdy wartość posiadanych nieruchomości rośnie, Kiyosaki zaciąga pod zwiększony kapitał własny kolejne kredyty, a uzyskane w ten sposób środki traktuje jako przepływ pieniężny, od którego nie musi od razu odprowadzać podatku dochodowego. Każdą kolejną inwestycję umieszcza przy tym w odrębnej spółce z ograniczoną odpowiedzialnością, dzięki czemu ewentualne problemy z jednym przedsięwzięciem nie przenoszą się automatycznie na resztę portfela. Sam ujął to w rozmowie z magazynem bez ogródek: gdyby wszystko się zawaliło, zainteresowani mogliby porozmawiać z jego prawnikiem, bo to właśnie takie prawne „zapory ogniowe” są, jego zdaniem, sposobem, w jaki bogaci grają w tę grę.
Spór z Dave’em Ramseyem
Ta liczba od dawna jest też punktem zapalnym w publicznym sporze Kiyosakiego z Dave’em Ramseyem, innym popularnym amerykańskim autorytetem od finansów osobistych, głoszącym dokładnie odwrotną filozofię: życie całkowicie wolne od długów. Kiyosaki nie owija w bawełnę, w przeszłości publicznie nazywając Ramseya „idiotą” za takie podejście, argumentując, że dług zaciągnięty pod aktywa generujące dochód to zupełnie inne zwierzę niż dług konsumpcyjny, przed którym przestrzega Ramsey.
Co z tego wynika dla inwestora w nieruchomości
Cała ta historia, oczyszczona z medialnego szumu wokół okrągłej, miliardowej liczby, sprowadza się do jednej, dość uniwersalnej lekcji, znanej zresztą dobrze każdemu, kto choć trochę interesuje się inwestowaniem w nieruchomości czy grunty: dług sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły, liczy się to, pod jakie aktywo jest zaciągnięty i czy to aktywo faktycznie generuje dochód wystarczający do jego spłaty. Ogromne, zbiorowe zadłużenie rozłożone na wielu partnerów i zabezpieczone tysiącem pięciuset przynoszących czynsz mieszkań to zupełnie inna sytuacja finansowa niż to samo zadłużenie wzięte osobiście przez jedną osobę. Warto o tym pamiętać, ilekroć w internecie krąży kolejny chwytliwy nagłówek z gwiazdą finansów osobistych i astronomiczną kwotą w tytule, bo diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach struktury właścicielskiej, a nie w samej, okrągłej liczbie.