5 min czytania

Mława ma więcej obcokrajowców niż Paryż. Skutki imigracji dla rynku nieruchomości w Polsce

Jest taka statystyka, która potrafi zaskoczyć nawet osoby dobrze zorientowane w polskiej gospodarce: pod względem udziału cudzoziemców w populacji, niewielka Mława na Mazowszu wyprzedza dziś Paryż. Jak opisuje Jakub Dymek na łamach Zero.pl, to nie pojedynczy, wyjątkowy przypadek, tylko szerszy wzorzec, który zmienia dziś twarz polskiej prowincji szybciej, niż wielu z nas zdaje sobie sprawę.

Liczby, które przewracają intuicję do góry nogami

Zgodnie z danymi GUS przywołanymi w artykule, obcokrajowcy stanowią dziś 27,8 % mieszkańców Mławy, 31,7 % Mszczonowa, aż 34 % Jelcza-Laskowic oraz 21,4 % Kępna. Dla porównania, w Krakowie odsetek ten wynosi 11 %, w Warszawie 14,5 %, a w samym Paryżu, symbolu europejskiej wielokulturowości, zaledwie 17 %. Innymi słowy, kilka niewielkich, mało medialnych polskich miejscowości jest dziś, przynajmniej pod tym jednym względem, bardziej międzynarodowych niż stolice, o których zwykle myślimy w kontekście migracji.

Skala całego zjawiska w ujęciu krajowym też robi wrażenie: w ciągu pięciu lat Polska wydała ponad 4 miliony wiz oraz 11,5 miliona dokumentów legalizujących pobyt cudzoziemców, w tym pozwoleń na pracę.

Dlaczego akurat mniejsze miasta, a nie metropolie

Autor tłumaczy ten wzorzec dość prostym mechanizmem ekonomicznym. To właśnie na prowincji, a nie w centrach Warszawy czy Krakowa, mieszczą się zakłady mięsne, magazyny logistyczne, fabryki i gospodarstwa sadownicze, potrzebujące dużej liczby pracowników do mozolnej, często nisko płatnej pracy fizycznej. Jednocześnie to właśnie z mniejszych miast systematycznie wyjeżdżają młodzi Polacy, szukając lepszych perspektyw gdzie indziej, co pogłębia lokalny niedobór rąk do pracy. Firmy wypełniają tę lukę migrantami zarobkowymi, którzy, jak zauważa Dymek, często mieszkają blisko miejsca zatrudnienia właśnie dlatego, że ani ich, ani ich pracodawców nie stać na mieszkanie w centrach dużych aglomeracji.

Artykuł przywołuje konkretne przykłady skali tego zjawiska w poszczególnych branżach: w sieci Biedronka mają dziś pracować przedstawiciele 41 narodowości, a w samej gminie Kępno, w sektorze meblarskim, zatrudnionych ma być kilkanaście tysięcy cudzoziemców z 35 krajów. Jeden z cytowanych w tekście producentów borówki amerykańskiej opowiadał, że po wprowadzeniu programu 500 plus i wzroście oczekiwań płacowych wśród Polaków, wymienił swoją załogę na składającą się w 70 procentach z imigrantów.

System bez właściciela

Kluczowym pojęciem, na które powołuje się autor, jest „prywatyzacja migracji”, termin ukuty przez profesora Pawła Kaczmarczyka. Chodzi o sytuację, w której korzyści z masowego napływu taniej siły roboczej trafiają przede wszystkim do firm i agencji pośrednictwa pracy, podczas gdy społeczne koszty tego procesu, w tym napięcia lokalne, presję na infrastrukturę czy problemy z nadzorem nad warunkami zatrudnienia, ponoszą państwo i same społeczności lokalne.

Dymek zwraca uwagę na słabość systemu kontroli: w Polsce działa dziś więcej agencji pracy tymczasowej niż jest inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, co w praktyce utrudnia skuteczne nadzorowanie tego rynku, wartego, według przywołanych w artykule danych, miliardy złotych i zatrudniającego legalnie nawet 700 tysięcy osób. W tekście pojawiają się też konkretne, udokumentowane przez inne redakcje przypadki wyzysku pracowników zagranicznych, w tym relacje osób z Kolumbii, które opisywały nielegalne potrącenia z wynagrodzenia, brak zwrotu opłat za niewykonane usługi czy pracę w wymiarze przekraczającym dwieście godzin miesięcznie.

Co to może oznaczać dla rynku nieruchomości gruntowych

To wątek, którego artykuł źródłowy nie porusza wprost, ale który nasuwa się w naturalny sposób, patrząc na to zjawisko z perspektywy rynku ziemi i nieruchomości. Warto od razu zaznaczyć, że to, co następuje, jest naszą własną, ostrożną prognozą, a nie faktem opisanym w cytowanym materiale.

Koncentracja tysięcy pracowników zagranicznych w niewielkich miejscowościach przemysłowych generuje realny, dodatkowy popyt na kilka konkretnych typów nieruchomości. Po pierwsze, na tereny pod budownictwo zbiorowego zakwaterowania, czyli hale, hostele pracownicze i przebudowane budynki mieszkalne wynajmowane masowo przez agencje pracy tymczasowej, co w miejscowościach o dużej koncentracji zakładów przemysłowych może z czasem podnosić wartość działek położonych blisko takich zakładów, atrakcyjnych właśnie pod tego typu inwestycje. Po drugie, na grunty inwestycyjne i usługowe w bezpośrednim sąsiedztwie dużych magazynów i fabryk, gdzie powstaje naturalne zaplecze handlowe i usługowe obsługujące rosnącą, zróżnicowaną kulturowo populację lokalną.

Jednocześnie warto pamiętać o drugiej stronie tego mechanizmu, na którą wskazuje zresztą sam autor artykułu, pisząc o możliwych napięciach społecznych towarzyszących szybkiej zmianie demograficznej mniejszych miejscowości. W miastach, gdzie tego typu napięcia realnie się nasilają, popyt na nieruchomości ze strony miejscowej ludności może z czasem słabnąć, częściowo równoważąc lub nawet przewyższając efekt rosnącego popytu inwestycyjnego związanego z samym zatrudnieniem cudzoziemców. To, który z tych dwóch przeciwstawnych mechanizmów ostatecznie przeważy w konkretnej miejscowości, zależy od lokalnych uwarunkowań, skali inwestycji przemysłowych w okolicy oraz tego, czy władzom samorządowym uda się w porę zainwestować w infrastrukturę i integrację społeczną, zanim napięcia realnie zaczną wpływać na decyzje mieszkaniowe i inwestycyjne w regionie.

Niezależnie od tego, jak rozwinie się ta sytuacja w poszczególnych miejscowościach, jedno wydaje się pewne: małe, przemysłowe miasta Polski, dotąd rzadko będące w centrum uwagi analityków rynku nieruchomości, w najbliższych latach mogą zacząć rządzić się własną, odrębną logiką popytu, wyraźnie różną od tej znanej z dużych aglomeracji.