5 min czytania

Zadłużenie sześciu największych miast w Polsce: skąd się bierze, ile kosztuje jego obsługa i czy nie lepiej po prostu spłacać

Kraków, miasto o budżecie ponad dwa razy mniejszym niż Warszawa, w 2026 roku ma zakończyć rok z wyższym długiem niż stolica: 8,98 mld zł wobec 6,30 mld zł. To nie jest przypadek jednego roku, tylko efekt kilku lat, w których dług Krakowa rósł znacznie szybciej niż jego dochody. Dla porównania, pozostałe duże miasta wypadają zupełnie inaczej: Łódź ma zadłużenie na poziomie 5,70 mld zł, Wrocław 4,52 mld zł, Poznań 2,03 mld zł, a Gdańsk zaledwie 1,39 mld zł. Warto się przyjrzeć, skąd w ogóle biorą się takie długi i czy dla samych miast nie byłoby lepiej po prostu je spłacać, zamiast wciąż zaciągać nowe.

Skąd bierze się dług miast

Duża część zadłużenia polskich samorządów ma jedno, wspólne źródło: fundusze unijne. Każda kolejna perspektywa finansowa Unii Europejskiej, od okresu 2007-2013 po obecną, wymagała od miast wkładu własnego do współfinansowanych inwestycji, a ponieważ dotacje pojawiały się w konkretnych, ograniczonych czasowo oknach, samorządy zadłużały się, żeby zdążyć je wykorzystać, zamiast rozkładać inwestycje na dłużej. Stąd wyraźne cykle: fala nowych dróg, oczyszczalni ścieków czy remontów szkół, a razem z nimi fala nowego długu.

Do tego doszła w ostatnich latach osobna przyczyna: reforma podatkowa znana jako Polski Ład, która podniosła kwotę wolną od podatku i próg drugiej stawki PIT, kosztem znacznego spadku wpływów samorządów z tego podatku. Związek Miast Polskich szacował ubytek na około 13-14 mld zł rocznie w skali kraju, czyli sporą część dochodów własnych miast, którymi mogą swobodnie dysponować. Mniejsze wpływy bieżące przy rosnących kosztach energii, wynagrodzeń czy usług publicznych oznaczają niższą, a czasem wręcz ujemną nadwyżkę operacyjną, czyli różnicę między bieżącymi dochodami a bieżącymi wydatkami. To właśnie ta nadwyżka jest głównym źródłem, z którego miasto może spłacać stare długi i finansować nowe inwestycje bez dalszego zadłużania się, więc jej brak oznacza w praktyce konieczność sięgania po kolejne kredyty i obligacje.

Kraków i Warszawa: podobna kwota długu, zupełnie inna sytuacja

Same kwoty w miliardach złotych niewiele mówią same z siebie, bo znaczenie ma dług w relacji do wielkości budżetu danego miasta. Zadłużenie Krakowa na przełomie 2025 i 2026 roku odpowiada 85-87 procentom rocznych dochodów miasta, które planowane są na poziomie około 10,27 mld zł w 2026 roku. Warszawa przy zbliżonej kwocie długu ma znacznie większy budżet, z dochodami rzędu 28,5 mld zł, więc ten sam nominalnie dług to tam zaledwie około 31 procent rocznych wpływów. Inaczej mówiąc, dla Krakowa to bardzo poważne obciążenie, a dla Warszawy, przy tej samej kwocie w złotówkach, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Ile kosztuje sama obsługa długu

Same odsetki, opłaty i prowizje od kredytów, pożyczek oraz wyemitowanych obligacji, a więc koszt samego posiadania długu, bez spłaty jego części głównej, to dla Krakowa w 2026 roku 381,5 mln zł. To pieniądze, które nie budują ani jednego metra drogi, nie remontują żadnej szkoły, tylko płyną do banków i posiadaczy obligacji jako koszt finansowania wcześniejszych decyzji. Dla porównania, to więcej, niż wiele średnich miast w Polsce wydaje w ciągu roku na cały swój budżet inwestycyjny.

Czy nie lepiej po prostu spłacać?

W klasycznym ujęciu ekonomicznym zadłużanie się ma sens, dopóki stopa zwrotu z finansowanej inwestycji przewyższa koszt pozyskania kapitału. Dla samorządu inwestującego w infrastrukturę przy wsparciu środków unijnych taki rachunek zwykle wychodzi na plus, bo część kosztów pokrywa bezzwrotna dotacja, a inwestycja w drogi, kanalizację czy transport publiczny podnosi długoterminowy potencjał rozwojowy miasta. Problem zaczyna się wtedy, gdy dług finansuje nie tylko inwestycje, ale też bieżące funkcjonowanie miasta, bo wtedy nie ma już mowy o żadnej stopie zwrotu, tylko o odraczaniu w czasie decyzji, których miasto nie chce lub nie może podjąć od razu.

Krakowscy urzędnicy sami przyznają, że miasto wciąż będzie musiało sięgać po nowe instrumenty dłużne, w tym kolejne emisje obligacji, żeby domknąć finansowanie zaplanowanych zadań, mimo formalnego powrotu do dodatniej nadwyżki operacyjnej w 2026 roku. Prawo stawia tu jednak granicę: całkowity dług jednostki samorządu terytorialnego nie może przekroczyć jej rocznych dochodów, a jeśli do tego dojdzie, Regionalna Izba Obrachunkowa może zablokować budżet miasta. Przy obecnym tempie wzrostu zadłużenia Krakowa i dochodach rzędu 10-11 mld zł rocznie, ta granica przestaje być odległą teorią, a staje się realnym scenariuszem na kolejne lata, jeśli tempo przyrostu długu się nie zmieni.

Spłacanie długu szybciej niż to konieczne miałoby sens finansowy przede wszystkim wtedy, gdyby koszt obsługi długu przewyższał realne korzyści z dalszych inwestycji, a miasto miało nadwyżkę środków, którą mogłoby na to przeznaczyć bez rezygnowania z bieżących potrzeb mieszkańców. W praktyce większość dużych miast w Polsce nie ma dziś takiego komfortu: nadwyżki operacyjne dopiero się odbudowują, a inwestycyjne potrzeby, od transportu po edukację, nie znikają wraz z rosnącym zadłużeniem.

Dla kogoś, kto rozważa zakup działki w którymś z tych miast, kondycja finansowa samorządu to niepozorny, ale realny czynnik: to właśnie z budżetu miasta finansowane są drogi dojazdowe, kanalizacja czy oświetlenie w nowych dzielnicach, a wysoki koszt obsługi długu oznacza mniej pieniędzy na tego typu inwestycje w kolejnych latach.

Działki na sprzedaż w Krakowie

Działki na sprzedaż w Warszawie