Dziś, wyjątkowo, zamiast o ziemi będzie o wodzie. Polska ma status kraju prowadzącego połowy dalekomorskie, z historycznymi kwotami połowowymi uznawanymi na forum międzynarodowym, portem macierzystym w Gdyni i polską banderą powiewającą na dwóch statkach. Tyle że oba te statki należą, pośrednio, do zagranicznego kapitału, a złowione pod polską banderą ryby najczęściej nigdy nie trafiają na polski talerz.
Dwa statki, które dźwigają na sobie całą flotę dalekomorską
Cała polska flota dalekomorska to formalnie dwie jednostki. Pierwsza to Polonus, osiemdziesięciometrowy trawler-przetwórnia, który poławia głównie dorsza i krewetki na Morzu Barentsa, w rejonie Svalbardu. Druga to Annelies Ilena, jeden z największych statków rybackich na świecie, o długości 144 metrów i ładowni mieszczącej siedem tysięcy ton ryb, łowiący gatunki pelagiczne na północno-wschodnim Atlantyku, a czasem także u wybrzeży Mauretanii i Maroka. Jak trafnie ujął to Bartek Sabała w książce Wędrówka Tusz, oba statki mają portem macierzystym Gdynię, ale „nigdy tam nie przypływają”, bo są to pływające przetwórnie, które przerabiają całość połowu na gotowy produkt prosto na pokładzie, a rozładowują się w portach bliżej łowisk.
Kto naprawdę stoi za polską banderą
Bandera i historyczne kwoty połowowe są polskie, ale własność już nie bardzo. Polonus należy formalnie do Arctic Navigations, polskiej spółki z o.o., ale połowę jej udziałów kontroluje amsterdamska Alda Seafood Holding, powiązana z Parlevliet & van der Plas, jednym z największych prywatnych armatorów rybackich na świecie. Annelies Ilena z kolei jest własnością Atlantexu, a ten od lat pozostaje w orbicie islandzkiego koncernu Samherji, kontrolującego udziały w spółce przez cypryjską Esja Shipping. To nie jest przypadkowe skojarzenie: dokumenty ujawnione przez WikiLeaks w listopadzie 2019 roku jako Fishrot Files pokazały, że Samherji przez lata przekupywał namibijskich urzędników w zamian za dostęp do tamtejszych kwot połowowych, a sprawa wciąż toczy się przed sądem w Namibii. Krótko mówiąc: polska bandera i polskie prawo do połowów służą tu głównie jako narzędzie dostępu do zasobów, a decyzje strategiczne i większość zysków płyną do Amsterdamu i, pośrednio, do Reykjaviku przez Cypr.
Gdzie naprawdę trafiają złowione ryby
Skoro statki nigdy nie zawijają do Polski, nietrudno zgadnąć, że i ryby zwykle omijają polskie sklepy. Największa część połowów, około 68 procent, trafia do Azji i Afryki jako mączka rybna, surowiec do produkcji pasz, którego w Polsce nikt nawet nie zobaczy na oczy. Kolejne 20 procent, głównie ostrobok z południowego Pacyfiku, armatorzy wysyłają do Afryki Zachodniej, a około 7 procent, makrela i śledź z Atlantyku, trafia do zachodniej Europy za pośrednictwem holenderskich i islandzkich sieci dystrybucji. Do polskich przetwórni dociera zaledwie około 5 procent połowu, czyli w praktyce margines. Paradoks jest przy tym podwójny: Polska co roku importuje 662 tysiące ton surowca rybnego, głównie z Norwegii i Islandii, o wartości 3,27 mld euro, żeby zaopatrzyć własne przetwórstwo, podczas gdy własne połowy pod polską banderą lądują na zupełnie innych kontynentach.
Ile na tym traci Polska
W Polsce z tej działalności zostaje relatywnie niewiele: od 8 do 22 mln zł rocznie z CIT płaconego przez spółki-córki oraz od 30 do 50 mln zł na wynagrodzenia marynarzy i logistykę. Za granicę wypływa znacznie więcej: od 55 do 130 mln zł rocznie w postaci renty kwotowej, czyli wartości samego prawa do połowów, od 50 do 80 mln zł zysku właścicielskiego w formie dywidend do Holandii i Islandii, od 20 do 40 mln zł dzięki optymalizacji podatkowej przez struktury cypryjskie i holdingowe, oraz od 15 do 30 mln zł na decyzjach strategicznych podejmowanych poza granicami kraju, takich jak zakupy, ubezpieczenia czy usługi zamawiane za granicą. Do tego dochodzi wspomniany deficyt w handlu rybami, szacowany na około 1,6 mld zł rocznie, czyli różnica między tym, co Polska importuje, a tym, co eksportuje. Gdyby te same połowy prowadziła flota faktycznie kontrolowana z Polski, a nie tylko formalnie zarejestrowana pod polską banderą, szacunkowy dodatkowy zysk zostający w kraju mógłby sięgać około 200 mln zł rocznie, licząc samą decyzyjność i pominiętą dziś część zysku właścicielskiego.
To taki mały off-topic z żywiołu wody, zanim wrócimy do ziemi, na której się znamy najlepiej.




