Spójrzcie na mapę Polski, którą znacie z lekcji geografii, i wyobraźcie sobie, że niemal cała ta powierzchnia znika pod lodem. Nie pod cienką warstwą śniegu, tylko pod lądolodem o miąższości liczonej w setkach metrów. Dokładnie tak wyglądał nasz kraj podczas zlodowacenia Sanu 1, około 650 tysięcy lat temu, czyli w okresie, który był największym zlodowaceniem w całej historii plejstoceńskiej Polski.

Źródło: FB Żywa Planeta
Największe zlodowacenie, jakie kiedykolwiek nawiedziło Polskę
Zlodowacenie Sanu 1 należy do grupy określanej dawniej mianem zlodowaceń południowopolskich, obejmującej trzy odrębne nasunięcia lądolodu skandynawskiego: zlodowacenie Nidy, Sanu 1 oraz Sanu 2, które miały miejsce w okresie od około 900 do nieco ponad 400 tysięcy lat temu. Spośród wszystkich zlodowaceń, jakie kiedykolwiek objęły ziemie dzisiejszej Polski, to właśnie one sięgnęły najdalej na południe i pokryły największą łączną powierzchnię kraju, w pewnych szacunkach dochodzącą do około 90 procent jego dzisiejszego terytorium. Ani wcześniej, ani później lądolód nie zajął w Polsce tak rozległego obszaru, mimo że niektóre młodsze zlodowacenia miejscami docierały nawet dalej na południe niż zlodowacenia południowopolskie.
Patrząc na mapę z zaznaczonymi współczesnymi miastami, robi to spore wrażenie: Gdańsk, Szczecin, Poznań, Warszawa, Łódź, Wrocław, Lublin, Białystok, a nawet Kielce znajdowały się wtedy głęboko pod lodem. Jedynym regionem kraju, który pozostawał w całości wolny od lądolodu, był skrawek dzisiejszej południowej Polski w rejonie Karpat i Sudetów, gdzie zamiast czaszy lądolodu rozwijały się osobne, znacznie mniejsze lodowce górskie.
Wyspy w morzu lodu
Nie cały teren dzisiejszej południowej Polski zniknął jednak pod lodem bez śladu. W kilku miejscach ponad powierzchnię lądolodu wystawały izolowane, wolne od lodu wzniesienia, otoczone ze wszystkich stron powoli płynącą masą lodową. Takie formy geologiczne nazywa się nunatakami, od słowa zapożyczonego z języków grenlandzkich Inuitów, gdzie do dziś określa się nim właśnie góry przebijające się ponad pokrywę lodową.
Na terenie Polski podczas zlodowacenia Sanu 1 status nunataków zachowały przede wszystkim wzniesienia Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, Góry Świętokrzyskie oraz Ślęża na Dolnym Śląsku. Istniały też inne, znacznie mniejsze nunataki, zbyt drobne, żeby zaznaczyć je na tego typu ogólnych mapach zasięgu. Sam mechanizm ich powstania był prosty: skoro lądolód w tych miejscach napotykał wzniesienie wyższe niż grubość samej pokrywy lodowej, musiał je opłynąć z dwóch stron, zamiast pochłonąć w całości, tak jak działo się to z niższymi wzgórzami i równinami dookoła.
Warto przy tym zdać sobie sprawę ze skali, o jakiej mówimy. Skoro lądolód miał miąższość liczoną w setkach metrów, to w praktyce naprawdę ponad jego powierzchnię wznosił się tylko Masyw Ślęży, sięgający około pół kilometra ponad otaczający go teren. Pozostałe nunataki, w tym te na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i w zachodniej części Gór Świętokrzyskich, przetrwały nie dlatego, że były aż tak wysokie, tylko dlatego, że opływający je z dwóch stron lód nie zdołał ich całkowicie przykryć.
Skąd wiadomo, jak dokładnie wyglądał ten lądolód
Rekonstrukcja zasięgu tak odległego w czasie zlodowacenia to żmudna praca łącząca dane geologiczne, analizę osadów polodowcowych oraz porównania ze stratygrafią izotopową. Zasięg zlodowacenia Sanu 1 i lokalizacja nunataków przedstawione na mapie towarzyszącej temu artykułowi oparte są na pracy naukowej autorstwa Dominiki Wieczorek, Jakuba Z. Kality, Izabeli Szuman, Lucyny Wachecka-Kotkowskiej i Leszka Marksa, opublikowanej w 2025 roku na łamach czasopisma „Landform Analysis”, poświęconej analizie podobieństw i przebiegu morskich stadiów izotopowych na krzywej LR04 w kontekście stratygrafii czwartorzędu Polski.
Sama mapa, z teksturami wygenerowanymi przy pomocy ChatGPT-Image, pochodzi z materiałów portalu Żywa Planeta, zajmującego się popularyzacją geologii i nauk o Ziemi, który znajdziecie na Facebooku.
Krajobraz, po którym dziś chodzimy, nie zawsze taki był
Trudno o lepsze przypomnienie, jak bardzo zmienny w skali geologicznej potrafi być krajobraz, który na co dzień wydaje nam się czymś trwałym i oczywistym. Miejsca, w których dziś stoją wieżowce Warszawy czy kamienice Wrocławia, przez dziesiątki tysięcy lat spoczywały pod grubą, nieruchomą na pierwszy rzut oka czapą lodu, a jedynymi punktami orientacyjnymi w tym białym krajobrazie były pojedyncze, skalne wyspy przebijające się ponad jego powierzchnię. Kolejne zlodowacenia i okresy ocieplenia, przesuwające się przez kontynent w rytmie dziesiątek i setek tysięcy lat, dosłownie ukształtowały rzeźbę terenu, po której dziś stąpamy, nie zastanawiając się zwykle, ile razy ta sama ziemia znikała i pojawiała się spod lodu, zanim osiągnęła formę, którą znamy z dzisiejszych map.