6 min czytania

Rok 2046 w Szwecji, 2045 w Niemczech, 2137 w Polsce: kto narysował mapę „większości migranckiej” i czy można jej wierzyć

Po sieci krąży mapa Europy z rokami w kółkach: Szwajcaria 2038, Belgia 2044, Niemcy 2045, Szwecja 2046, a przy Polsce 2137. Podpisuje się ją jako prognozę „szwedzkiego instytutu remigracji”, który wyliczył, kiedy migranci mogą przewyższyć liczebnie ludność rodzimą. Zanim ktoś zacznie ją udostępniać albo wyśmiewać, warto sprawdzić, kto za nią stoi i co z niej wynika dla Polski.

Instytut nie jest szwedzki

Narzędzie nazywa się Demography Dashboard i pochodzi z Institute for Remigration (IFR). Według organizacji monitorującej ekstremizm, Global Project Against Hate and Extremism, instytut ogłosił 9 lutego 2026 roku austriacki aktywista Martin Sellner, a jego możliwą siedzibą miałaby być Wiedeń. Szwedzkiego pochodzenia nie znalazłem w żadnym źródle. Szwecja jest po prostu jednym z krajów na mapie. O narzędziu pisał 5 października 2026 roku Joakim Scheffer w portalu Hungarian Conservative, ale nie ustaliłem, kim jest.

IFR przedstawia się jako think tank badający „zastępowanie ludności i planowanie remigracji” i uważa, że niska dzietność oraz migracja prowadzą do zastąpienia rodzimej ludności Europy. Krytycy opisują remigrację jako postulat przymusowego usunięcia imigrantów nieeuropejskich i wiążą ją z teorią „wielkiej wymiany”. To organizacja o jednoznacznie politycznym celu i równie zaangażowani krytycy, więc żaden z tych opisów nie jest neutralny.

Co dokładnie twierdzi narzędzie

Według Hungarian Conservative dashboard liczy dwa scenariusze. W pierwszym obecne trendy trwają dalej, a „punktem przełomu” jest moment, w którym migranci stanowią 50 proc. ludności. W drugim, remigracyjnym, napływ spada o 90 proc., a co roku wyjeżdża 1 proc. początkowej populacji migrantów. Artykuł podaje lata dla Szwajcarii (2038), Belgii (2044), Niemiec (2045), Szwecji (2046), Austrii (2052) i Danii (2156). Te liczby zgadzają się z mapą. Natomiast liczby dla Polski (2137), Francji, Wielkiej Brytanii i pozostałych krajów z obrazka nie występują w opisie, który mogłem przeczytać, więc nie potwierdzę, że pochodzą z tego narzędzia. Mapa nie ma logo ani źródła. A skoro rok 2137 w polskim internecie jest znanym żartem, tym bardziej nie warto brać go za dobrą monetę.

Czego nie wiemy

Najważniejsze: ani artykuł, ani strona instytutu nie podaje metodologii, źródeł danych ani definicji „migranta”. A to rozstrzyga o wszystkim. Migrantem może być osoba urodzona za granicą, osoba urodzona za granicą albo z dwojga rodziców z zagranicy, albo każdy potomek imigrantów bez ograniczenia pokoleń. Od definicji zależy, czy 50 proc. oznacza bliską czy odległą przyszłość. Do tego dochodzą założenia o napływie, dzietności i wyjazdach, których nikt nie ujawnił, i brak niezależnej recenzji.

Co mówią dane z Europy

Niemiecki urząd statystyczny podał w kwietniu 2026 roku, że w 2025 roku 21,8 mln osób, czyli 26,3 proc. mieszkańców, miało historię imigracyjną (sami przybyli po 1950 roku albo przybyli ich oboje rodzice). Rok wcześniej było to 25,8 proc., więc wzrost wyniósł 0,5 pkt proc. W tej grupie Polska jest największym krajem pochodzenia imigrantów pierwszego pokolenia, razem z Turcją (po 1,5 mln), przed Ukrainą (1,3 mln). Dla nas to ciekawy detal: Polacy są w Niemczech częścią statystyki, o której mowa na mapie.

W Szwecji osoby z zagranicznym pochodzeniem (urodzone za granicą albo w Szwecji z dwojga rodziców imigrantów) stanowiły według tamtejszego urzędu statystycznego 26,9 proc. ludności w 2022 roku, wobec 20,1 proc. w 2012 roku. Dane Eurostatu za 2025 rok o odsetku urodzonych za granicą: Szwajcaria 31,7 proc., Austria 22 proc., Szwecja i Niemcy nieco ponad 20 proc., Hiszpania 19,3 proc., Dania 14,4 proc., Francja 14 proc., Włochy 11,8 proc.

Prosty rachunek, mój własny i przy założeniu, że definicja IFR pokrywa się z urzędowymi: żeby Niemcy doszły z 26,3 proc. do 50 proc. w 2045 roku, udział musiałby rosnąć o około 1 pkt proc. rocznie, czyli dwa razy szybciej niż ostatnio. Dla Szwecji potrzeba około 0,96 pkt rocznie przy 0,68 w latach 2012–2022. To możliwe, jeśli napływ gwałtownie przyspieszy, ale nie wynika z trendu, który znamy. Zwolennicy modelu mają za to jeden mocny argument: migranci są młodsi (w Niemczech historię imigracyjną ma 36 proc. osób w wieku 25–34 lata i 14 proc. powyżej 65 lat), więc w nowych rocznikach zmiana postępuje szybciej niż w całej populacji.

A Polska?

Tu zaczyna się część, która nas dotyczy najbardziej, i tu liczby zależą od miary. Według GUS pod koniec 2025 roku w Polsce przebywało około 38,8 mln osób, w tym około 36,5 mln obywateli polskich i około 2,3 mln cudzoziemców, czyli 5,9 proc. Największą grupą są Ukraińcy, około 1,67 mln, czyli 73 proc. cudzoziemców. Cudzoziemcy skupiają się w dużych miastach: we Wrocławiu to 19,5 proc. mieszkańców, w Warszawie 14,5 proc., w Poznaniu 12,5 proc. GUS zaznacza, że to dane administracyjne (osoby z numerem PESEL), a nie oficjalna statystyka demograficzna. Eurostat, który liczy tylko osoby przebywające w kraju stale, podaje dla Polski około 2,6 proc., a inne zestawienie Eurostatu, według odsetka urodzonych za granicą, mniej niż 5 proc. Różnice wynikają z definicji, nie z błędów, i właśnie dlatego trzeba pytać o definicję, gdy ktoś podaje „rok przełomu”.

Skala zmiany jest za to bardzo duża: w ciągu 15 lat liczba cudzoziemców w Polsce wzrosła według jednego z opracowań dziesięciokrotnie, z około 230 tys. do 2,3 mln. W samym ostatnim roku przybyło ich około 225 tys. Jednocześnie Polska się kurczy: współczynnik dzietności wyniósł w 2024 roku 1,10, najmniej w historii, a według jednej z prognoz GUS (wariant niskiej dzietności) ludność Polski w 2060 roku może wynosić 28,4 mln wobec około 37,5 mln w 2024 roku.

Teraz mój rachunek, który nie jest prognozą: do 50 proc. przy obecnej liczbie ludności brakowałoby około 17 mln cudzoziemców. Nawet gdyby przyrost trwał w rekordowym tempie ostatnich lat (około 2 mln na 15 lat), zajęłoby to około 120 lat, czyli mniej więcej czas, o którym mówi mapa. Ale ten rachunek pomija naturalizację, spadek liczby Polaków, który podnosi udział migrantów szybciej, i zmiany polityki migracyjnej. Z mapy nie wynika więc nic poza tym, że liczba 2137 jest rzędu wielkości zgodnym z prostym wyliczeniem. Czy ktoś faktycznie tak policzył, nie wiem.

Jak do tego podejść

Demografia długoterminowa jest trudna nawet dla instytucji, które pokazują metodę, bo wynik zależy od założeń. Narzędzie bez ujawnionej metody, od organizacji z wyraźnym celem politycznym, nie jest dowodem w żadną stronę. Zwolennicy remigracji zobaczą w mapie potwierdzenie obaw, krytycy propagandę, a prawdziwa debata, którą warto prowadzić w Polsce, dotyczy czegoś innego: jak wygląda nasza demografia (dzietność 1,10), ile osób faktycznie tu mieszka i pracuje, i jaką politykę migracyjną chcemy prowadzić. Do tej rozmowy wystarczą dane urzędowe. Mapa z nieznanego źródła niczego do niej nie dodaje.