6 min czytania

Beipiao, czyli „dryfujący po Pekinie”: 21,8 mln mieszkańców stolicy, z czego około 7,4 mln nie ma pekińskiego hukou, a zameldowanie dostaje się za punkty

Beipiao (北漂, czyli „běipiāo”) to chińskie słowo, które dosłownie znaczy „dryfujący po Pekinie”. Tak nazywa się młodych ludzi z innych regionów Chin, którzy zostawiają rodzinne strony, żeby zamieszkać i pracować w stolicy, ale nie mają pekińskiego meldunku ani zaplecza, przez co zmagają się z licznymi barierami stawianymi im przez władze lokalne. Za tym jednym słowem kryje się system, który wciąż decyduje o tym, czy dziecko pójdzie do szkoły, czy ktoś kupi mieszkanie i czy w razie choroby dostanie pomoc.

Kim są dryfujący

Chińska nazwa składa się ze znaku oznaczającego północ (Pekin to „północna stolica”) i znaku „dryfować”, czyli unosić się bez zakotwiczenia. Funkcjonuje też wariant 京漂 (jīngpiāo), „dryfujący do stolicy”. Podobne zjawisko opisuje się w Hongkongu pod nazwą gangpiao: badacze z City University of Hong Kong, Linda Tjia i Wing-Chung Ho, porównali w 2017 roku doświadczenia młodych migrantów w obu miastach. Autorzy chińskiej literatury z lat 2000., jak Xu Zechen, pokazywali beipiao jako ludzi na marginesie miasta: kierowców riksz, sprzedawców pirackich płyt, ale też wykształconych absolwentów, wszystkich w niepewnej pracy i bez poczucia przynależności ani do miasta, ani do wsi.

To nie są wyłącznie robotnicy. Dryfującymi nazywa się zarówno kurierów i pracowników fizycznych, jak i młodych specjalistów, którzy przyjechali za karierą. Łączy ich to, że stolica jest dla nich etapem, a nie domem, i że prawo traktuje ich inaczej niż rdzennych mieszkańców.

Hukou: dlaczego „dryfowanie” w ogóle istnieje

„Dryfowanie” opisuje skutek. Przyczyną jest hukou, chiński system rejestracji gospodarstw domowych, który przypisuje każdemu obywatelowi oficjalne miejsce zamieszkania, często według miejsca urodzenia. Według analizy ośrodka MERICS historycznie decydował o przydziale żywności i pracy oraz ograniczał dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej i mieszkań. Szacuje się, że ponad 357 mln osób w Chinach mieszka poza miejscem swojego zameldowania. W Dongguan około dwie trzecie mieszkańców, czyli 7 mln, nie ma lokalnego hukou, a w Kantonie około dwóch piątych, czyli 8 mln.

W Pekinie ten układ jest wyjątkowo sztywny. Według danych zebranych przez Caixin stała ludność stolicy wynosiła w 2024 roku 21,83 mln, o 26 tys. mniej niż rok wcześniej, a miasto stosuje limit poniżej 23 mln. Pekińskie hukou miało 14,38 mln osób, więc, według mojego własnego wyliczenia, około 7,4 mln mieszkańców nie ma meldunku stolicy. Dostać go można przez system punktowy: w 2025 roku trzeba było mieć 117,33 pkt (w 2018 roku 90,75), złożono poniżej 100 tys. wniosków, a skuteczność wyniosła 7,08 proc. Tą drogą hukou zdobywa około 6 tys. osób rocznie. Drugą drogą są limity dla absolwentów uczelni z innych regionów, ale ich wysokości nie udało mi się ustalić.

Skutki są takie, że robotnik migrujący bez meldunku w miejscu pracy nie ma prawa do zasiłków ani opieki medycznej na tych samych zasadach, a jego dzieci nie mogą chodzić do miejscowych szkół.

2017: gdy miasto zaczęło ograniczać liczbę mieszkańców

Najgłośniejszym epizodem w historii beipiao była akcja z końca 2017 roku. Po pożarze w południowej części Pekinu, w którym zginęło 19 osób, władze rozpoczęły 40-dniową operację kontroli bezpieczeństwa i wyburzeń, często z jednodniowym uprzedzeniem. Według oficjalnych danych po tygodniu wskazano 25 395 miejsc zagrożonych. Krytycy mówili o setkach tysięcy dotkniętych migrantów (w mieście było wówczas według CNN około 3 mln migrantów), a plan zakładał ograniczenie centrum o 15 proc. w stosunku do 2014 roku i utrzymanie populacji poniżej 23 mln do 2020 roku. Wczesne dokumenty mówiły o obszarach zamieszkanych przez „low-end population”, czyli ludność „niskiego szczebla”, co wywołało falę oburzenia i zostało ocenzurowane w chińskich mediach społecznościowych. Władze Pekinu zaprzeczały, że celem jest wypychanie migrantów.

Co się zmienia w 2026 roku

22 maja 2026 roku chińska Rada Państwowa ogłosiła wytyczne, według których podstawowe usługi publiczne mają być zapewniane według miejsca zamieszkania, a nie rejestracji. Dotyczy to szkół dla dzieci migrantów, opieki zdrowotnej, ubezpieczeń społecznych i mieszkań komunalnych dla osób z pracą, ale bez lokalnego hukou. W dostępnych relacjach nie ma liczb ani informacji, czy zmiany obejmą też największe miasta, w tym Pekin. Jednocześnie dryfujących w stolicy ubywa: według Caixin młodzi w wieku 20–30 lat stanowili w 2024 roku 11,4 proc. mieszkańców, mniej więcej połowę udziału z 2015 roku, a saldo migracji netto spadło w latach 2015–2024 o 432 tys. Z reportażu Al Jazeery z lipca 2026 roku wynika, że część młodych ludzi sama wyjeżdża z powodu drogich mieszkań, konkurencji i niepewnych perspektyw, a wyjazd bywa postrzegany jako porażka.

A co z Polską?

Porównanie z Polską jest ciekawe, ale trzeba uważać, żeby go nie przesadzić. Obowiązek meldunkowy u nas formalnie istnieje: według ustawy z 24 września 2010 roku o ewidencji ludności trzeba się zameldować w ciągu 30 dni. Jednak od 1 stycznia 2013 roku obywatele polscy nie ponoszą za brak meldunku kar, a plan jego zniesienia, który zakładano na 2016, a potem na 2018 rok, według relacji z 2017 roku został porzucony. Meldunek nie decyduje o tym, gdzie możecie mieszkać ani czy dostaniecie leczenie, ale ma praktyczne skutki: wpływa na rekrutację do przedszkoli i żłobków w danym rejonie, na przypisanie do obwodu głosowania i na lokalne ulgi, jak Karty Mieszkańca.

Prawdziwsze podobieństwo dotyczy PRL. Według opracowania portalu dzieje.pl po dekrecie Bieruta z 1945 roku mieszkania przydzielały prezydia rad narodowych, a zameldowanie określało, gdzie ktoś mógł legalnie mieszkać. Na mieszkanie spółdzielcze czekało się od 3 do ponad 10 lat, najdłużej w Warszawie, a w 1974 roku około 60 proc. małżeństw mieszkało jako podnajemcy lub z rodziną. Wyraźnie jednak zaznaczam, że opracowanie nie opisywało systemu zezwoleń na przeprowadzkę do dużych miast, więc nie wolno z tego robić polskiego odpowiednika hukou. Różnica jest zasadnicza: chiński system do dziś przypisuje człowieka do miejsca urodzenia i uzależnia od tego usługi.

Mamy za to dzisiaj zjawisko, które przypomina „dryfowanie” w innej skali. Wrocław (19,5 proc.), Warszawa (14,5 proc.) i Poznań (12,5 proc.) mają według GUS najwyższe udziały cudzoziemców wśród mieszkańców, a w kraju przebywa około 2,3 mln cudzoziemców, w tym około 1,67 mln Ukraińców. Mają inne prawa niż beipiao: pracują legalnie i korzystają z polskiego systemu usług. Ale pytanie, jak państwo traktuje ludzi, którzy przyjeżdżają do miasta za pracą, jest w obu krajach to samo.