Po wojnie potrzebowano drzew od zaraz. Miasto leżało w gruzach, ulice i skwery trzeba było zazielenić szybko i tanio, a drzewa, które dają cień dopiero po czterdziestu latach, nie mogły czekać. Wybór padł na gatunki, które rosną jak na drożdżach, przede wszystkim na topole. Dziś, po siedemdziesięciu latach, ten wybór wraca do nas w postaci połamanych konarów, wiatrołomów i decyzji o wycince. Warto zrozumieć, dlaczego tak się stało i co to mówi o drzewach w mieście w ogóle.
Drzewo, które rośnie najszybciej
Topole należą do najszybciej rosnących drzew w polskim klimacie. To rodzaj, w którym obok rodzimych gatunków, takich jak topola biała, czarna i osika, występuje wiele mieszańców uprawnych. Najważniejszym z nich jest topola kanadyjska, krzyżówka naszej topoli czarnej z północnoamerykańską topolą delta. Pojawiła się w Polsce w XVIII wieku, rośnie bardzo szybko, łatwo się ją rozmnaża z sadzonek i dorasta do trzydziestu pięciu metrów wysokości. Rozpowszechniła się nie tylko w parkach i przy drogach, ale też w lasach i na plantacjach drewna. Do tego dochodzą odmiany o kolumnowym pokroju, jak popularna topola włoska, której smukłe sylwetki kojarzą się z wiejskimi drogami i polami.
Dla powojennych planistów i ogrodników była to cecha bezcenna. Drzewo posadzone dziś dawało efekt widoczny w ciągu kilku lat, nie wymagało szczególnie żyznej gleby i dobrze znosiło miejskie warunki. Kolumnowe topole wykorzystywano także jako element kompozycji: według opisu zieleni Centralnego Parku Kultury na Powiślu i Trasy W-Z, topole podkreślały skalę głównej alei parku, a przy trasie nawiązywały kształtem do wież kościoła św. Floriana na Pradze.
Szybki wzrost miał jednak swoją cenę, o której mówili dendrolodzy już wtedy.
Cena szybkiego wzrostu
Drewno topoli jest miękkie i mało trwałe. Monografia o ochronie drzew z lat siedemdziesiątych XX wieku pisze wprost, że topole „bardzo łatwo próchnieją w nasadzie pnia”, podczas gdy korona często pozostaje zdrowa, a ich drewno jest „nietrwałe i szybko murszejące”. Możliwości konserwacji takich drzew autorzy opisują jako bardzo ograniczone. Stare topole uważano już wtedy za „drzewa niebezpieczne” w miejscach publicznych i przy drogach, więc usuwano je nawet wtedy, gdy wyglądały jeszcze dobrze.
Współczesne opracowania powtarzają to samo: drewno szybko murszeje, a konary mogą zacząć się łamać już po dwudziestu, trzydziestu latach, co jest zagrożeniem przy silnym wietrze dla ludzi, samochodów i budynków. Rodzime topole, zwłaszcza biała i czarna, w sprzyjających warunkach, na przykład w dolinach rzek, mogą żyć nawet dwieście lat. Mieszańce sadzone w mieście, na ubitej glebie, w pobliżu nawierzchni i kopanych rowów instalacyjnych żyją krócej i starzeją się szybciej.
Ta sama monografia, ostrzegając przed topolami przy ulicach, wskazywała jednocześnie, że rodzime topole, szczególnie biała, mają wysokie walory ozdobne i mogłyby być częściej sadzone na nizinach. Problemem nie jest więc cały rodzaj, tylko to, jakie gatunki posadzono i w jakich miejscach.
Przykład z warszawskiego zoo
Najlepiej udokumentowany przypadek to aleja główna w warszawskim ogrodzie zoologicznym. W lutym 2017 roku miasto wycięło tam drzewa posadzone po wojnie, w większości topole mieszańcowe, topole czarne i klony jesionolistne. Wiceprezydent Michał Olszewski mówił wtedy, że topole posadzone w latach pięćdziesiątych są w bardzo złym stanie, a w ciągu poprzedniego roku doszło tam do ponad dziesięciu wiatrołomów, z których jeden mógł skończyć się tragedią. Zoo tłumaczyło, że drzewa mają około siedemdziesięciu lat, co dla tych gatunków jest granicą biologiczną, a oznaczono je do usunięcia już w latach dziewięćdziesiątych. Korzenie niszczyły nawierzchnię alei, a planowany remont instalacji wodno-kanalizacyjnych i tak naruszyłby ich strukturę.
Decyzja wzbudziła protesty. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze zwracało uwagę, że wycinka dotyczyła terenu publicznego i wymagała zgody miasta, a jej powody nie miały związku ze zmianą przepisów o ochronie drzew. Zoo zapowiedziało nasadzenia nowych drzew, w alei głównej klonów i grabów, oraz przesadzenie zdrowych okazów. Ten spór dobrze pokazuje dylemat, przed którym stają dziś zarządcy zieleni: drzewo, które przez dekady było częścią krajobrazu, może być zagrożeniem, a jego wycinka budzi emocje, nawet jeśli jest uzasadniona.
Źródła, które sprawdziliśmy, nie podają łącznej liczby topol rosnących w Warszawie ani liczby tych, które mają zostać usunięte, dlatego nie próbujemy jej szacować.
Co jeszcze wiemy o topolach w mieście
Topole mają wady, o których mówi się rzadziej niż o łamliwości. Wiosną, w marcu i kwietniu, jeszcze przed rozwojem liści, pylą, ale ich pyłek uchodzi za słabszy alergen niż pyłek leszczyny czy olchy, choć może powodować łzawienie i katar. Latem żeńskie okazy uwalniają nasiona z puchem, który unosi się w powietrzu i jest uciążliwy, choć samo zjawisko to głównie kłopot praktyczny i estetyczny, a nie główne źródło alergii.
Mniej oczywisty problem opisało badanie opublikowane w czasopiśmie „Science Advances”. Topole i wierzby emitują izopren, związek lotny powstający przy fotosyntezie, który w obecności tlenków azotu i słońca sprzyja powstawaniu ozonu przyziemnego. Według badaczy w Pekinie około 35 procent drzew emituje izopren, w Sydney w grupie 24 badanych metropolii odsetek sięga 65 procent. W Pekinie roślinność stanowiła około 10 procent emisji lotnych związków organicznych, ale aż 52 procent tych, które tworzą ozon. Wzrost temperatury przyspiesza ten proces: przy 35 stopniach reakcje zachodzą około siedem razy szybciej niż przy 20, a miejska wyspa ciepła zwiększa emisję izoprenu o około 12 procent. Wnioski autorów dotyczą doboru gatunków do lokalnych warunków, a nie rezygnacji z drzew.
Mieszańcowe topole bywają też problemem dla przyrody. Topola kanadyjska rozsiewa się samoczynnie od kilkudziesięciu lat i według opisu botanicznego może zagrażać siedliskom lasów łęgowych oraz obszarom chronionym, więc zaleca się ograniczanie jej uprawy na terenach leśnych.
Drzewa, które wyrosły same
Nie wszystkie warszawskie topole zostały posadzone. Badacze miejskiej roślinności zwracali uwagę, że na gruzach zburzonego miasta pierwsze wyrosły drzewa pionierskie, wśród nich kilka gatunków topoli, wierzb i klonów. Przykładem jest topola Simoniego za pomnikiem Umschlagplatz, która według opisu jest prawdopodobnie samosiewem, a jej przodek widoczny jest na zdjęciach z 1945 roku. Z kolei architekt Jerzy Lachert planował, że zieleń zajmie około 40 procent powierzchni nowych osiedli, i przekonywał, że na gruzach może rosnąć ponad sto gatunków drzew i krzewów. Pionierskie rośliny miały jednak, według opisu, nie być zachowywane w planach.
Co dalej z miejską zielenią
Historia topoli uczy, że drzewo w mieście trzeba oceniać nie po tempie, w jakim rośnie, ale po tym, jak się starzeje. Gatunki szybkie dają efekt po kilku latach, lecz po kilkudziesięciu mogą stać się ryzykiem. Gatunki wolniejsze, takie jak lipy, klony, graby czy dęby, potrzebują dekad, ale żyją o wiele dłużej i lepiej znoszą starzenie się. Nowe nasadzenia w zoo, w których wybrano klony i graby, to ilustracja tej zmiany myślenia.
Wymiana drzew nie powinna jednak oznaczać wycinki bez planu. Młode drzewa potrzebują dekad, by dorównać koronom starych, więc usuwanie dużych drzew bez równoległego sadzenia następców zostawia mieszkańców z ogołoconą ulicą na długie lata. Dobrze zaplanowana wymiana, rozłożona w czasie, pozwala zachować cień i chłód miasta, które dziś są ważniejsze niż kiedykolwiek, kiedy upały stają się coraz częstsze.